Ostatnio udało mi się odzyskać lub pozyskać kilka starych sprzętów. Ich wartość finansowa jest żadna - wystarczy spojrzeć na ceny na gumtree.
Jaką wartość może mieć mój hp (uchroniony od wyrzucenia)?
lub moja maxdata, którą sam osobiście zakupiłem lata temu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aplikacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aplikacje. Pokaż wszystkie posty
sobota, 28 lutego 2015
niedziela, 31 sierpnia 2014
webowanie
Jakoś ostatnio wkręciło mnie robienie stron. Może jeszcze nie teraz, ale za chwilę narzędzia do edycji stron będą podobne do pakietów biurowych. A w zasadzie, dlaczego nie są ich częścią. Czy pisząc jakikolwiek tekst zastanawiamy się, jaki jest format danych? Raczej nie. A wszystko idzie w tym kierunku, by formaty danych zarówno te dokumentowe jak i przeglądarkowe były formatami xmlowymi. Xml, to trochę ogólnik i słowo klucz. W zasadzie xml jest klasą formatów. Pliki xmlowe spełniają pewne ogólne reguły, jednak każdy format xmlowy może (i w zasadzie jest) inny.
Wracając do porównań. Pakiet biurowy nie zmusza nas do poznania struktury pliku danych. Nie interesuje nas to. W przypadku stron webowych jest trochę inaczej. Niby są cmsy, czyli systemy zarządzania treścią (np. ten system, w którym pisany jest ten blog), ale bez znajomości htmla raczej trudno coś wycyzelować.
To nie jest wszystko. Może od początku. Każda strona może być opisana w trzech płaszczyznach. Zawartość, wygląd, manipulacja kodem. Współcześnie te trzy płaszczyzny zostały rozdzielone i każda z nich wykorzystuje inne narzędzia. Są to odpowiednio (x)html do zarządzania treścią, css do zarządzania wyglądem i javascript do manipulacji kodem.
Ciekawą rzeczą jest, że podstawami teoretycznymi i standaryzacją narzędzi zajmuje się niezależna organizacja - w3.org. Producenci przeglądarek w mniejszym lub większym stopniu dostosowują się do tych standardów. Taki rozwój jest właściwy, bo jest podstawą konkurencji. Zupełnie inaczej jest w przypadku pakietów biurowych. Pierwotnie był otwarty standard ISO, z którego korzystały pakiety opensource'owe, ale Microsoft przeforsował swój standard, co skutecznie zablokowało możliwość pełnej edycji plików office'a w pakietach opensource'owych Libreoffice czy (Apache) Openoffice
Wracając do porównań. Pakiet biurowy nie zmusza nas do poznania struktury pliku danych. Nie interesuje nas to. W przypadku stron webowych jest trochę inaczej. Niby są cmsy, czyli systemy zarządzania treścią (np. ten system, w którym pisany jest ten blog), ale bez znajomości htmla raczej trudno coś wycyzelować.
To nie jest wszystko. Może od początku. Każda strona może być opisana w trzech płaszczyznach. Zawartość, wygląd, manipulacja kodem. Współcześnie te trzy płaszczyzny zostały rozdzielone i każda z nich wykorzystuje inne narzędzia. Są to odpowiednio (x)html do zarządzania treścią, css do zarządzania wyglądem i javascript do manipulacji kodem.
Ciekawą rzeczą jest, że podstawami teoretycznymi i standaryzacją narzędzi zajmuje się niezależna organizacja - w3.org. Producenci przeglądarek w mniejszym lub większym stopniu dostosowują się do tych standardów. Taki rozwój jest właściwy, bo jest podstawą konkurencji. Zupełnie inaczej jest w przypadku pakietów biurowych. Pierwotnie był otwarty standard ISO, z którego korzystały pakiety opensource'owe, ale Microsoft przeforsował swój standard, co skutecznie zablokowało możliwość pełnej edycji plików office'a w pakietach opensource'owych Libreoffice czy (Apache) Openoffice
sobota, 16 sierpnia 2014
debianopochodne
Przez ostatnie lata starałem się przyjrzeć wielu dystrybucjom linuksowym. Wybór jest duży, ale czy równie wiele dystrybucji spełnia moje oczekiwania? Z tym już trudniej. W tej chwili od blisko dwóch lat pracuję na dystrybucjach debianowych. Nie na samym Debianie, ale raczej dystrybucjach zbudowanych na jego pakietach - point, semplice wattOS. Każdy ma inną definicję własnych potrzeb, a co zatem definicję jakości, stąd pomijam moje motywy wyboru. Po blisko dwóch latach w użyciu mam wrażenie, że system ten spełnia moje oczekiwania w warstwie funkcjonalnej, aplikacyjnej i sprzętowej.
Ale żeby nie było tak prosto. Nie oznacza to, że wszystko idzie jak z płatka bez dodatkowej wiedzy i pracy. Jak w przypadku wszystkiego. By korzystać trzeba mieć trochę kompetencji. Kompetencje windowsowe zawsze przekładają się na kompetencje linuksowe. Chcieć to móc. Jednak trzeba się przemóc, by poznawać nowe rzeczy.
Warto sobie zadać pytanie, po co są dystrybucje pochodne, kiedy jest oryginał. Oryginał może być doskonały, ale funkcjonalność wersji pochodnej z reguły jest trochę inna. Pamiętajmy, że bazą Debiana jest blisko 40 tysięcy pakietów, a przy budowie dystrybucji wykorzystanych jest tylko tysiąc z ogonkiem. Ponadto, pakiety te są w różnych wersjach względem czasu ich powstania. Stąd istnienie kilku tzw. gałęzi. Praktycznie do budowy dystrybucji, czy to oryginału - Debiana, czy jego pochodnych, wykorzystuje się trzy gałęzie
Ale żeby nie było tak prosto. Nie oznacza to, że wszystko idzie jak z płatka bez dodatkowej wiedzy i pracy. Jak w przypadku wszystkiego. By korzystać trzeba mieć trochę kompetencji. Kompetencje windowsowe zawsze przekładają się na kompetencje linuksowe. Chcieć to móc. Jednak trzeba się przemóc, by poznawać nowe rzeczy.
Warto sobie zadać pytanie, po co są dystrybucje pochodne, kiedy jest oryginał. Oryginał może być doskonały, ale funkcjonalność wersji pochodnej z reguły jest trochę inna. Pamiętajmy, że bazą Debiana jest blisko 40 tysięcy pakietów, a przy budowie dystrybucji wykorzystanych jest tylko tysiąc z ogonkiem. Ponadto, pakiety te są w różnych wersjach względem czasu ich powstania. Stąd istnienie kilku tzw. gałęzi. Praktycznie do budowy dystrybucji, czy to oryginału - Debiana, czy jego pochodnych, wykorzystuje się trzy gałęzie
- stabilną, oprogramowanie przetestowane (do tego trzeba czasu) i raczej starawe ale w pełni funkcjonalne
- testową, jak sama nazwa wskazuje, nowsze aplikacje w fazie testowania, co oznacza, że coś nawet jeżeli teraz działa, to za chwilę może przestać.
- niestabilną (sid), najnowsze wersje oprogramowania w fazie nawet przedtestowej.
czwartek, 31 lipca 2014
etykiety
Pakiety biurowe, to temat rzeka. Czy je znamy i umiemy się nimi posługiwać? Analizując otrzymywane dokumenty mógłbym postawić tezę, że nie bardzo. Pakiety te przez lata bardzo zwiększyły swoją objętość i funkcjonalność. Czy ten wzrost jest wynikiem potrzeb, czy też pochodną działań marketingowych, nadążania za konkurencją, elementem przewagi konkurencyjnej?
Przez lata wyrobiłem sobie podejście czysto racjonalne. Każdy program jest narzędziem, które pozwala na rozwiązanie postawionego przed nami zadania. I tak jak do wywozu śmieci nie zabieramy kabrioletu, ani do wycieczki po promenadzie ciężarówki, tak strzelanie z armaty do wróbla jest stratą energii. Po co nam młot parowy do przybicia jednego gwoździa. Bo tak jest w rzeczywistości. Przeprowadźmy analizę ostatnio napisanych dokumentów. Okaże się, że większość z nich, to dokumenty proste, a nawet prościutkie, dla których nie warto odpalać kombajnu. Oczywiście są tacy, którzy wykorzystują np. arkusze kalkulacyjne do bardzo zaawansowanych analiz finansowych. Założę się jednak, że są to jednostki.
Za rozwój oprogramowania płacą wszyscy w formie licencji, jednak tylko nieliczni potrafią skorzystać z posiadanej mocy i tylko tym nielicznym kasa się zwraca. Jednak rozdzielenie tego typu produktu na dwa - wersji bardzo łatwej dla ogółu, wersji zaawansowanej dla geeków z perspektywy biznesowej byłoby błędem. Oba produkty poniosłyby klęskę. Pierwszy nie zaspakajałby ego ogółu, drugi byłby koszmarnie drogi, a w konsekwencji nie zwróciłby kosztów rozwoju.
Jakoś tak nam wmówiono, że za rzeczy dobre trzeba zapłacić. Trochę jesteśmy na bakier z ekonomią i wydaje nam się, że pojęcia cena i wartość, to jest to samo. A czy zdarzyło nam się kupić coś bardzo drogiego, ale bezwartościowego? Każdy ma takie wpadki i w tym momencie powinien zastanowić się nad definicjami i relacjami obu pojęć.
Przykładem rzeczy bardzo wartościowych, ale darmowych lub relatywnie tanich jest wiele programów opensource'owych. W tym kontekście myślę o pakietach Libre- i Openoffice. Zawsze mnie zastanawia, jakich kosmicznych technologii używają urzędnicy, że właśnie potrzebują oprogramowania płatnego. Jaka funkcjonalność jest tak unikatowa, że trzeba korzystać z tego jednego, jedynego produktu. Dlaczego funkcjonariusze państwowi wspierają wybrane koncerny, zamiast własnych obywateli i własne firmy?
Przez lata wyrobiłem sobie podejście czysto racjonalne. Każdy program jest narzędziem, które pozwala na rozwiązanie postawionego przed nami zadania. I tak jak do wywozu śmieci nie zabieramy kabrioletu, ani do wycieczki po promenadzie ciężarówki, tak strzelanie z armaty do wróbla jest stratą energii. Po co nam młot parowy do przybicia jednego gwoździa. Bo tak jest w rzeczywistości. Przeprowadźmy analizę ostatnio napisanych dokumentów. Okaże się, że większość z nich, to dokumenty proste, a nawet prościutkie, dla których nie warto odpalać kombajnu. Oczywiście są tacy, którzy wykorzystują np. arkusze kalkulacyjne do bardzo zaawansowanych analiz finansowych. Założę się jednak, że są to jednostki.
Za rozwój oprogramowania płacą wszyscy w formie licencji, jednak tylko nieliczni potrafią skorzystać z posiadanej mocy i tylko tym nielicznym kasa się zwraca. Jednak rozdzielenie tego typu produktu na dwa - wersji bardzo łatwej dla ogółu, wersji zaawansowanej dla geeków z perspektywy biznesowej byłoby błędem. Oba produkty poniosłyby klęskę. Pierwszy nie zaspakajałby ego ogółu, drugi byłby koszmarnie drogi, a w konsekwencji nie zwróciłby kosztów rozwoju.
Jakoś tak nam wmówiono, że za rzeczy dobre trzeba zapłacić. Trochę jesteśmy na bakier z ekonomią i wydaje nam się, że pojęcia cena i wartość, to jest to samo. A czy zdarzyło nam się kupić coś bardzo drogiego, ale bezwartościowego? Każdy ma takie wpadki i w tym momencie powinien zastanowić się nad definicjami i relacjami obu pojęć.
Przykładem rzeczy bardzo wartościowych, ale darmowych lub relatywnie tanich jest wiele programów opensource'owych. W tym kontekście myślę o pakietach Libre- i Openoffice. Zawsze mnie zastanawia, jakich kosmicznych technologii używają urzędnicy, że właśnie potrzebują oprogramowania płatnego. Jaka funkcjonalność jest tak unikatowa, że trzeba korzystać z tego jednego, jedynego produktu. Dlaczego funkcjonariusze państwowi wspierają wybrane koncerny, zamiast własnych obywateli i własne firmy?
sobota, 19 lipca 2014
wattOS
Trochę z konieczności zainteresowałem się innym systemem - wattOS
Niezbyt często lubię zmieniać systemy operacyjne, ale czasami trzeba. Od ponad roku korzystam z dwóch. Obu bazujących na Debianie. Produkcyjnym jest Point Linux, uzupełniającym (także moje kompetencje) - Semplice Linux.
Point jest świetnym systemem. Bardzo dobrze pomyślany dobór oprogramowania. Stabilny Debian jest gwarantem niezawodnej pracy przez lata. Jednak w kontekście użycia go do nowszego sprzętu ma jedną wadę. Brak jest pełnej obsługi sprzętu. W moim przypadku, to brak obsługi czytnika kart flashowych i pełnego wsparcia dla radeonów.
W Debianie i systemach pochodnych jest możliwość korzystania z nowszego oprogramowania poprzez tzw. backporty. Backporty, to technika polegająca na przeniesieniu oprogramowania z wyższej wersji do niższej. W tym przypadku najczęściej backportuje się jądro systemu.
W stabilnym Debianie podstawowym jądrem jest jądro serii 3.2. Obsługa czytnika wymaga dodatkowego sterownika. Ale już w jądrze 3.5 (chyba) jest on zbędny i system widzi karty flashowe. Od wersji 3.13 jądro wspiera karty ati/radeon. Nowe otwarte sterowniki działają lepiej, a od wersji 3.14 automatycznie włączone jest zarządzanie poborem energii.
Dodając repozytorium backportowe mamy dostęp nie tylko do nowszych wersji jądra ale i innych programów.
Oczywiście dla starszego sprzętu nie ma to znaczenia i na pozostałych swoich desktopach instaluję i używam Pointa w wersji stabilnej, bez dodawania backportów.
Niezbyt często lubię zmieniać systemy operacyjne, ale czasami trzeba. Od ponad roku korzystam z dwóch. Obu bazujących na Debianie. Produkcyjnym jest Point Linux, uzupełniającym (także moje kompetencje) - Semplice Linux.
Point jest świetnym systemem. Bardzo dobrze pomyślany dobór oprogramowania. Stabilny Debian jest gwarantem niezawodnej pracy przez lata. Jednak w kontekście użycia go do nowszego sprzętu ma jedną wadę. Brak jest pełnej obsługi sprzętu. W moim przypadku, to brak obsługi czytnika kart flashowych i pełnego wsparcia dla radeonów.
W Debianie i systemach pochodnych jest możliwość korzystania z nowszego oprogramowania poprzez tzw. backporty. Backporty, to technika polegająca na przeniesieniu oprogramowania z wyższej wersji do niższej. W tym przypadku najczęściej backportuje się jądro systemu.
W stabilnym Debianie podstawowym jądrem jest jądro serii 3.2. Obsługa czytnika wymaga dodatkowego sterownika. Ale już w jądrze 3.5 (chyba) jest on zbędny i system widzi karty flashowe. Od wersji 3.13 jądro wspiera karty ati/radeon. Nowe otwarte sterowniki działają lepiej, a od wersji 3.14 automatycznie włączone jest zarządzanie poborem energii.
Dodając repozytorium backportowe mamy dostęp nie tylko do nowszych wersji jądra ale i innych programów.
Oczywiście dla starszego sprzętu nie ma to znaczenia i na pozostałych swoich desktopach instaluję i używam Pointa w wersji stabilnej, bez dodawania backportów.
sobota, 3 maja 2014
IE bug
W zasadzie nie zamierzałem już nic pisać o xp, ale życie dopisuje ciąg dalszy tej historii. Ostatnia majowa aktualizacja xp dotyczy internet explorera. Temat tak ważny, że media poświęcają mu sporo miejsca. CNN, Cnet i wiele innych.
Aktualizacja po zakończeniu okresu wsparcia!!! Osobiście, to nie wiem, czy to śmieszne, czy żałosne, może tragikomiczne. "Odeszła w niebyt" wersja windowsów jest w użyciu ponad 26% użytkowników, system był rozwijany przez lata (ostatnia największa aktualizacja systemu, to SP3 z 2008, piękny, duży artykuł w angielskojęzycznej Wikipedii) i cały ten czas nie wystarczył, by stworzyć dobry i bezpieczny produkt.
Dziura jest obecna we wszystkich wersjach IE. A jak wiadomo, nie da się pozbyć tego programu. Odinstalowanie wersji 8 w xp nie spowoduje odinstalowania wersji natywnej. IE jest częścią systemu operacyjnego. Te klocki są nierozdzielne. To co można zrobić, to całkowicie zaprzestać korzystania zarówno z IE, jak i większości produktów MS.
Zakończenie wsparcia dla xp przez MS nie oznacza, że tego wsparcia nie ma. Jest realizowane przez firmy trzecie. By dalej korzystać warto zrobić niewielki audyt systemu i pozbyć się lub pozamieniać parę elementów.
1.
Sprawdźmy najpierw jakie programy są zainstalowane w systemie. Możemy to zrobić narzędziem natywnym systemu, ja jednak wolę np. Revo Uninstallera (przy okazji odinstalowania usuwa/stara się usunąć fizyczne pozostałości po aplikacji).
Aktualizacja po zakończeniu okresu wsparcia!!! Osobiście, to nie wiem, czy to śmieszne, czy żałosne, może tragikomiczne. "Odeszła w niebyt" wersja windowsów jest w użyciu ponad 26% użytkowników, system był rozwijany przez lata (ostatnia największa aktualizacja systemu, to SP3 z 2008, piękny, duży artykuł w angielskojęzycznej Wikipedii) i cały ten czas nie wystarczył, by stworzyć dobry i bezpieczny produkt.
Dziura jest obecna we wszystkich wersjach IE. A jak wiadomo, nie da się pozbyć tego programu. Odinstalowanie wersji 8 w xp nie spowoduje odinstalowania wersji natywnej. IE jest częścią systemu operacyjnego. Te klocki są nierozdzielne. To co można zrobić, to całkowicie zaprzestać korzystania zarówno z IE, jak i większości produktów MS.
Zakończenie wsparcia dla xp przez MS nie oznacza, że tego wsparcia nie ma. Jest realizowane przez firmy trzecie. By dalej korzystać warto zrobić niewielki audyt systemu i pozbyć się lub pozamieniać parę elementów.
1.
Sprawdźmy najpierw jakie programy są zainstalowane w systemie. Możemy to zrobić narzędziem natywnym systemu, ja jednak wolę np. Revo Uninstallera (przy okazji odinstalowania usuwa/stara się usunąć fizyczne pozostałości po aplikacji).
![]() |
| revo uninstaller, panel główny |
niedziela, 27 kwietnia 2014
power
Każdy wie, że power jest ważny. Ale dopiero posiadanie notebooka i praca w terenie pozwala to w pełni zrozumieć.
W domu mamy gniazdko i prąd. W terenie zdani jesteśmy na naszą baterię, a raczej bateryjkę. Bo moja, to 44 Wh (watogodziny). W porównaniu do bateryjek telefonów, to gigant. Ale realia są trochę inne. Notebook potrzebuje więcej prądu. Ile? Sam byłem ciekaw.
W dystrybucjach linuksowych jest wiele programów służących do pomiarów różnych wielkości. Parametrów środowiska i otoczenia systemu. W tym także i konsumpcji. Konsumpcji energii (komputerki muszą się czymś żywić). Wiele z tych programów jest w repozytoriach; zainstalowane lub tylko dostępne. Tutaj koncentruję się na dystrybucjach debianowych (w konsekwencji także ubuntowych), bo tych używam na co dzień.
W repozytoriach Debiana jest powertop. Aplikacja, przygotowana i rozwijana przez Intela, służąca do pomiaru zużycia energii. Korzystam z niej do wyznaczenia zapotrzebowania energetycznego urządzeń (dołączonych lub wbudowanych) oraz programów. Pozwala ona na wyznaczenie zapotrzebowania na energię całego komputerka, ale ja do tego celu używam też innej aplikacji. Jest to program Canonicala (od Ubuntu) pod nazwą powerstat. Do znalezienia w repozytoriach Ubuntu i pochodnych oraz Debiana niestabilnego. W Debianie stabilnym możliwy do zainstalowania po pobraniu ze strony autora odpowiedniej wersji (ze względu na zależności trzeba wybrać wersję odpowiednio wcześniejszą).
W stosunku do powertopa ma się on nijak, jest o wiele prostszy, ma jednak poważną zaletę. Wyznaczenie podstawowego zapotrzebowania na energię może odbywać się w porównywalnych warunkach dla każdego laptopa i każdej dystrybucji. Powerstat w wersji standardowej działa w sposób następujący. Po uruchomieniu przez trzy minuty gromadzi sobie dane, potem 30 razy próbkuje (w 10s interwałach). Na podstawie otrzymanych wyników wylicza średnie zapotrzebowanie. Proste. Powertop też to wszystko wylicza, jednak bazuje na większej ilości wyników. Stąd porównanie pomiędzy komputerami i dystrybucjami bywa trudne, bo w każdym przypadku może być inna ilość próbek.
Powerstat może być uruchamiany bezpośrednio przez użytkownika, lub jako root.
W domu mamy gniazdko i prąd. W terenie zdani jesteśmy na naszą baterię, a raczej bateryjkę. Bo moja, to 44 Wh (watogodziny). W porównaniu do bateryjek telefonów, to gigant. Ale realia są trochę inne. Notebook potrzebuje więcej prądu. Ile? Sam byłem ciekaw.
W dystrybucjach linuksowych jest wiele programów służących do pomiarów różnych wielkości. Parametrów środowiska i otoczenia systemu. W tym także i konsumpcji. Konsumpcji energii (komputerki muszą się czymś żywić). Wiele z tych programów jest w repozytoriach; zainstalowane lub tylko dostępne. Tutaj koncentruję się na dystrybucjach debianowych (w konsekwencji także ubuntowych), bo tych używam na co dzień.
W repozytoriach Debiana jest powertop. Aplikacja, przygotowana i rozwijana przez Intela, służąca do pomiaru zużycia energii. Korzystam z niej do wyznaczenia zapotrzebowania energetycznego urządzeń (dołączonych lub wbudowanych) oraz programów. Pozwala ona na wyznaczenie zapotrzebowania na energię całego komputerka, ale ja do tego celu używam też innej aplikacji. Jest to program Canonicala (od Ubuntu) pod nazwą powerstat. Do znalezienia w repozytoriach Ubuntu i pochodnych oraz Debiana niestabilnego. W Debianie stabilnym możliwy do zainstalowania po pobraniu ze strony autora odpowiedniej wersji (ze względu na zależności trzeba wybrać wersję odpowiednio wcześniejszą).
W stosunku do powertopa ma się on nijak, jest o wiele prostszy, ma jednak poważną zaletę. Wyznaczenie podstawowego zapotrzebowania na energię może odbywać się w porównywalnych warunkach dla każdego laptopa i każdej dystrybucji. Powerstat w wersji standardowej działa w sposób następujący. Po uruchomieniu przez trzy minuty gromadzi sobie dane, potem 30 razy próbkuje (w 10s interwałach). Na podstawie otrzymanych wyników wylicza średnie zapotrzebowanie. Proste. Powertop też to wszystko wylicza, jednak bazuje na większej ilości wyników. Stąd porównanie pomiędzy komputerami i dystrybucjami bywa trudne, bo w każdym przypadku może być inna ilość próbek.
Powerstat może być uruchamiany bezpośrednio przez użytkownika, lub jako root.
powerstat
sudo powerstat
wtorek, 15 kwietnia 2014
dual boot czyli dwa systemy na starcie
Jak żyć Panie Premierze, jak żyć. Prawdziwego windowsa już nie ma.
Ha, trudno. Nie cierpię z tego powodu, jednak jestem zdziwiony, że popularny produkt nie znalazł alternatywnej kontynuacji. Poniżej marcowe statystyki.
Posiadacze starszego sprzętu oczekiwali innego rozwiązania niż wydanie pieniędzy na nowy sprzęt i system. Można zachować interface, a zmienić trochę pod maską. Wszyscy zadowoleni. No może nie wszyscy, bo kasa się nie zgadza. Chciwość wygrywa z potrzebami użytkowników. Skądś się muszą brać gigantyczne pobory, odprawy i majątki. Ale to już historia i nauczka dla wielu. Wiara w jeden i jedynie słuszny system prowadzi do rozczarowań.
Ha, trudno. Nie cierpię z tego powodu, jednak jestem zdziwiony, że popularny produkt nie znalazł alternatywnej kontynuacji. Poniżej marcowe statystyki.
Posiadacze starszego sprzętu oczekiwali innego rozwiązania niż wydanie pieniędzy na nowy sprzęt i system. Można zachować interface, a zmienić trochę pod maską. Wszyscy zadowoleni. No może nie wszyscy, bo kasa się nie zgadza. Chciwość wygrywa z potrzebami użytkowników. Skądś się muszą brać gigantyczne pobory, odprawy i majątki. Ale to już historia i nauczka dla wielu. Wiara w jeden i jedynie słuszny system prowadzi do rozczarowań.
piątek, 4 kwietnia 2014
conky
Conky jest elementem charakterystycznym dla Linuxa. Czym jest i dlaczego tak wiele osób używa conky? Dla mnie osobiście, gdy nie widzę conky na pulpicie, czuję, jakbym nie kontrolował swojego systemu.
W wielkim skrócie. Conky jest konfigurowalnym monitorem systemu. Programem, który potrafi zgromadzić i przedstawić mnóstwo informacji systemowych. Co więcej pozwala na przedstawienie informacji z innych programów - pocztowych, muzycznych, pogodowych itp. Odsyłam do artykułu angielskojęzycznej wikipedii lub strony projektu (swego czasu była polska strona informacyjna, ale niestety już jej nie ma).
Zaletą conky jest praca w tle, skuteczne zbieranie informacji i małe wymagania systemowe.
Conky jest programem, którego wykonanie jest ściśle związane i uzależnione od pliku konfiguracyjnego. To co jest widoczne na pulpicie jest jego odwzorowaniem. Jeden program, mnóstwo różnych konfiguracji. Warto wspomnieć, że wątek forum Ubuntu dotyczący właśnie conky i prezentacji własnych plików konfiguracyjnych ma ponad dwa tysiące stron!
Conky jest też dostępne w repozytoriach wielu systemów, a przynajmniej we wszystkich znanych mi debianowych i ubuntowych dystrybucjach Linuksa. Nie zawsze jest w samej dystrybucji niejako out of the box (jest np. w crunchbang linuksie, lxle lub pinguay linuksie) ale zawsze możemy zainstalować z repozytorium.
Najpierw możemy sprawdzić, czy w systemie jest conky zainstalowane. Brute force to wpisanie w terminalu słowa conky. Po efekcie lub komentarzu będziemy wiedzieć.
Możemy też w terminalu wpisać polecenie
czyli najpierw pobraliśmy listę zainstalowanych programów, którą przepuściliśmy przez filtr ze słowem conky.
W wielkim skrócie. Conky jest konfigurowalnym monitorem systemu. Programem, który potrafi zgromadzić i przedstawić mnóstwo informacji systemowych. Co więcej pozwala na przedstawienie informacji z innych programów - pocztowych, muzycznych, pogodowych itp. Odsyłam do artykułu angielskojęzycznej wikipedii lub strony projektu (swego czasu była polska strona informacyjna, ale niestety już jej nie ma).
Zaletą conky jest praca w tle, skuteczne zbieranie informacji i małe wymagania systemowe.
Conky jest programem, którego wykonanie jest ściśle związane i uzależnione od pliku konfiguracyjnego. To co jest widoczne na pulpicie jest jego odwzorowaniem. Jeden program, mnóstwo różnych konfiguracji. Warto wspomnieć, że wątek forum Ubuntu dotyczący właśnie conky i prezentacji własnych plików konfiguracyjnych ma ponad dwa tysiące stron!
Conky jest też dostępne w repozytoriach wielu systemów, a przynajmniej we wszystkich znanych mi debianowych i ubuntowych dystrybucjach Linuksa. Nie zawsze jest w samej dystrybucji niejako out of the box (jest np. w crunchbang linuksie, lxle lub pinguay linuksie) ale zawsze możemy zainstalować z repozytorium.
Najpierw możemy sprawdzić, czy w systemie jest conky zainstalowane. Brute force to wpisanie w terminalu słowa conky. Po efekcie lub komentarzu będziemy wiedzieć.
Możemy też w terminalu wpisać polecenie
$ dpkg -l | grep conkyczyli najpierw pobraliśmy listę zainstalowanych programów, którą przepuściliśmy przez filtr ze słowem conky.
wtorek, 1 kwietnia 2014
FUD
Od pewnego czasu, co włączę komputer, to mam komunikat o zakończeniu wsparcia (na poniższym obrazku w prawnym dolnym rogu ekranu). Za każdym razem. Komunikat ten jest włączony dosyć długo, tak, jak bym był analfabetą, który nie umie przeczytać, zapamiętać i zrozumień tekstu.
Komunikat pochodzi od programu zabezpieczającego MS. Podejrzewam, że informacji w systemie mogłoby być więcej, ale zablokowałem możliwość zainstalowania w aktualizacjach programu informującego o końcu wsparcia. Współczuję tym, którzy ten fakt przeoczyli. Mam zwyczaj nie instalować niczego automatycznie, dlatego czasami udaje się pozbyć trochę śmieci.
![]() |
| koniec wsparcia |
niedziela, 16 marca 2014
Black Lab
Przyglądam się innemu systemowi, innej propozycji zastąpienia windowsów przez system uniksowy. Zgodnie z przedstawioną wcześniej filozofią, interesuje mnie system o długim okresie wsparcia, łatwy w użyciu i z ergonomicznym pulpitem, przypominającym pulpit windowsów xp lub siódemki.
Black Lab Linux Xfce jest ciekawą dystrybucją bazującą na Ubuntu 12.04 LTS. Ale najpierw słowo o nazwie.
Cały projekt wystartował w 2006. Dystrybucja była znana pod różnymi nazwami, a najpopularniejsza z nich, to OS4 OpenLinux. Z przyczyn prawnych nazwa ponownie musiała zostać zmieniona (OS4 w jakiś sposób wiązało się z Amigą i jej systemem operacyjnym). Zaburzenie to spowodowało, że distrowatch.com uznał OS4 za dystrybucję nieaktywną. Projekt zmienił nazwę, która także moim zdaniem nie jest najszczęśliwsza, ale nie zostało to uznane za kontynuację. Trochę to dziwne, bo w samym projekcie zmiany są raczej ewolucyjne niż rewolucyjne. Kolejne wersje BLL kontynuują wcześniejsze wersje OS4.
OS4/BlackLab zawsze mi się podobał ze względu na stabilność i długie wsparcie, lekkie środowisko graficzne (Xfce) i dobór oprogramowania. Pobierając obraz płyty od razu zauważymy, że jest on ponad dwukrotnie większy od obrazu Ubuntu. Coś w tym musi być.
Moje poniższe uwagi odnoszą się do wersji liveDVD. Nie instalowałem systemu i nie pracowałem z nim dłużej. Wersja liveDVD służy do przetestowania systemu i podjęcia decyzji o instalacji lub nie. Zawsze jest pożądana, ale wersja ostateczna może być lekko inna. Kwestia lokalizacji. Z reguły liveCD/DVD jest po angielsku (potem instalacja jest już w wybranym języku). W wersji live coś może nie działać, po instalacji możliwe jest rozwiązanie zauważonych wcześniej problemów. Możemy też doinstalować brakujące aplikacje. Jak zwykle. Trzeba zjeść beczkę soli, by o czymkolwiek wydać rozsądną opinię. Analiza liveDVD, to pierwsze przybliżenie, którą jednak zawsze warto zrobić przed podjęciem właściwej decyzji.
Obraz płyty nagrywamy na DVD lub pendrive'a. Ja zwykle wybieram ten drugi sposób. Rufus działa. Oldschoolowo komendą dd spod Linuxa. W notebooku nie mam napędu DVD, a dodatkowo pendrive'a można wykorzystać wielokrotnie. W przypadku starszego sprzętu może być problem z BIOSem. Natywnie starsze BIOSy nie umożliwiają uruchamiania systemów z pendrive'a. Wtedy płyta się przydaje. Chociaż nie jest to konieczność, bo istnieje oprogramowanie pozwalające na pośrednie uruchomienie systemu z pendrive'a. Odsyłam do literatury.
Testuję wersję 64 bitową na notebooku asus u32u z procesorem e-450. Uruchomienie BLL liveDVD jest standardowe. Połączenie sieciowe i poprzez modem GSM i wifi działa bezproblemowo.
Pierwszym etapem jest sprawdzenie wersji systemu. Potem właściwe ustawienie czasu - system podaje czas strefy czasowej developera (NY). I tu zaskoczenie. Na minus. Nie ma obsługi protokołu NTP, który odpowiedzialny jest za aktualizację czasu, a przy okazji próby uaktualnienia systemu brak jest kluczy GPG dla części oprogramowania. To są drobiazgi jednak denerwujące.
Black Lab Linux Xfce jest ciekawą dystrybucją bazującą na Ubuntu 12.04 LTS. Ale najpierw słowo o nazwie.
Cały projekt wystartował w 2006. Dystrybucja była znana pod różnymi nazwami, a najpopularniejsza z nich, to OS4 OpenLinux. Z przyczyn prawnych nazwa ponownie musiała zostać zmieniona (OS4 w jakiś sposób wiązało się z Amigą i jej systemem operacyjnym). Zaburzenie to spowodowało, że distrowatch.com uznał OS4 za dystrybucję nieaktywną. Projekt zmienił nazwę, która także moim zdaniem nie jest najszczęśliwsza, ale nie zostało to uznane za kontynuację. Trochę to dziwne, bo w samym projekcie zmiany są raczej ewolucyjne niż rewolucyjne. Kolejne wersje BLL kontynuują wcześniejsze wersje OS4.
OS4/BlackLab zawsze mi się podobał ze względu na stabilność i długie wsparcie, lekkie środowisko graficzne (Xfce) i dobór oprogramowania. Pobierając obraz płyty od razu zauważymy, że jest on ponad dwukrotnie większy od obrazu Ubuntu. Coś w tym musi być.
Moje poniższe uwagi odnoszą się do wersji liveDVD. Nie instalowałem systemu i nie pracowałem z nim dłużej. Wersja liveDVD służy do przetestowania systemu i podjęcia decyzji o instalacji lub nie. Zawsze jest pożądana, ale wersja ostateczna może być lekko inna. Kwestia lokalizacji. Z reguły liveCD/DVD jest po angielsku (potem instalacja jest już w wybranym języku). W wersji live coś może nie działać, po instalacji możliwe jest rozwiązanie zauważonych wcześniej problemów. Możemy też doinstalować brakujące aplikacje. Jak zwykle. Trzeba zjeść beczkę soli, by o czymkolwiek wydać rozsądną opinię. Analiza liveDVD, to pierwsze przybliżenie, którą jednak zawsze warto zrobić przed podjęciem właściwej decyzji.
Obraz płyty nagrywamy na DVD lub pendrive'a. Ja zwykle wybieram ten drugi sposób. Rufus działa. Oldschoolowo komendą dd spod Linuxa. W notebooku nie mam napędu DVD, a dodatkowo pendrive'a można wykorzystać wielokrotnie. W przypadku starszego sprzętu może być problem z BIOSem. Natywnie starsze BIOSy nie umożliwiają uruchamiania systemów z pendrive'a. Wtedy płyta się przydaje. Chociaż nie jest to konieczność, bo istnieje oprogramowanie pozwalające na pośrednie uruchomienie systemu z pendrive'a. Odsyłam do literatury.
Testuję wersję 64 bitową na notebooku asus u32u z procesorem e-450. Uruchomienie BLL liveDVD jest standardowe. Połączenie sieciowe i poprzez modem GSM i wifi działa bezproblemowo.
Pierwszym etapem jest sprawdzenie wersji systemu. Potem właściwe ustawienie czasu - system podaje czas strefy czasowej developera (NY). I tu zaskoczenie. Na minus. Nie ma obsługi protokołu NTP, który odpowiedzialny jest za aktualizację czasu, a przy okazji próby uaktualnienia systemu brak jest kluczy GPG dla części oprogramowania. To są drobiazgi jednak denerwujące.
![]() |
| nie ma wsparcia protokołu NTP |
poniedziałek, 10 marca 2014
LXLE
Nowa, ale już popularna dystrybucja, której celem jest ożywienie starego komputera a także zastąpienie xp, visty, 7. I wydaje mi się, że to jest klucz w tej filozofii.
Aktualizacja windowsów do nowszej wersji najczęściej jest możliwa tylko poprzez wymianę sprzętu. Z drobiazgu robi się gigantyczna afera. Na sprzęcie sprawnym fizycznie, ale leciwym, nie zawsze można zainstalować nowszą wersję powszechnie znanego systemu. Może zabraknąć albo zasobów, albo, i to jest najczęstsze, narzędzi do zarządzania sprzętem, czyli sterowników. Dostawcy systemu i sprzętu kochają swoich klientów/użytkowników do czasu wyboru i zakupu. Potem, radź sobie sam. Porównałbym to do wozu i woźnicy. Czy wymiana woźnicy wiąże się z wymianą wozu?
I czy taka postawa jest racjonalna z naszego, klienckiego punktu widzenia? Bo z punktu widzenia dostawców tak. Motorem działania jest ich chciwość. Sprzęt starszy i nowszy, ale słabszy, doskonale daje sobie radę w większości codziennych zastosowań. Co więcej. Od paru lat moce komputerów nie zmieniają się. Optymalizowane są inne rzeczy. M. in. energooszczędność. Komputer kupiony pięć lat temu ma wystarczającą moc do dźwignięcia niejednego systemu operacyjnego.
Linux wykorzystuje różne środowiska graficzne. Ktoś kiedyś zadał sobie trud, by zbadać ich pamięciożerność. Wykres wykorzystania pamięci wygląda tak
(wtórnym źródłem wykresu i informacji jest strona http://lxlinux.com/index.html).
Aktualizacja windowsów do nowszej wersji najczęściej jest możliwa tylko poprzez wymianę sprzętu. Z drobiazgu robi się gigantyczna afera. Na sprzęcie sprawnym fizycznie, ale leciwym, nie zawsze można zainstalować nowszą wersję powszechnie znanego systemu. Może zabraknąć albo zasobów, albo, i to jest najczęstsze, narzędzi do zarządzania sprzętem, czyli sterowników. Dostawcy systemu i sprzętu kochają swoich klientów/użytkowników do czasu wyboru i zakupu. Potem, radź sobie sam. Porównałbym to do wozu i woźnicy. Czy wymiana woźnicy wiąże się z wymianą wozu?
I czy taka postawa jest racjonalna z naszego, klienckiego punktu widzenia? Bo z punktu widzenia dostawców tak. Motorem działania jest ich chciwość. Sprzęt starszy i nowszy, ale słabszy, doskonale daje sobie radę w większości codziennych zastosowań. Co więcej. Od paru lat moce komputerów nie zmieniają się. Optymalizowane są inne rzeczy. M. in. energooszczędność. Komputer kupiony pięć lat temu ma wystarczającą moc do dźwignięcia niejednego systemu operacyjnego.
Linux wykorzystuje różne środowiska graficzne. Ktoś kiedyś zadał sobie trud, by zbadać ich pamięciożerność. Wykres wykorzystania pamięci wygląda tak
![]() |
| wykorzystanie pamięci (w MiB) przez różne środowiska graficzne |
(wtórnym źródłem wykresu i informacji jest strona http://lxlinux.com/index.html).
piątek, 7 lutego 2014
Point, po instalacji
Nowy system zainstalowany. Grub dopracowany. I co dalej? Poniżej kilka uwag, w jaki sposób aktualizować system i instalować nowe programy. W tym także dropboxa.
Na początek słowo o programach. Dystrybucje linuksowe wykorzystują przede wszystkim oprogramowania otwartoźródłowe i niewłasnościowe. Stosowne licencje pozwalają na wykorzystywanie tych samych programów w wielu systemach oraz swobodne ich modyfikowanie. Problem jest z driverami, programami zarządzającymi hardwarem. W wielu przypadkach są to binarne (skompilowane) programy własnościowe, trudne do zastosowania w systemach innych, niż dedykowane przez producentów. Własnościowe są również skype i dropbox. Debian, ale każda z dystrybucji ma własną politykę w tym zakresie, dzieli oprogramowanie na trzy grupy. Pierwsza, to oprogramowanie wolne, druga - oprogramowanie wolne, jednak wykorzystujące też niewolne oprogramowanie/biblioteki (contribite), ostatnią grupą jest oprogramowanie niewolne (non-free).
Point dołączył część niewolną repozytoriów, przez co łatwiej jest go zainstalować i używać. Out-of-the-box mamy gotowy system. W przypadku Debiana częstym problemem jest brak wolnych sterowników kart wifi. System musi być zainstalowany z wykorzystaniem łącza kablowego. Po uzupełnieniu repozytoriów i doinstalowaniu stosownych niewolnych sterowników możemy korzystać z wifi. Także podczas instalacji Debian nie obsługuje łączności gsmowej. Twórca Pointa wykonał część prac za nas, dołączając także preferowane przez siebie środowisko graficzne.
Na początek słowo o programach. Dystrybucje linuksowe wykorzystują przede wszystkim oprogramowania otwartoźródłowe i niewłasnościowe. Stosowne licencje pozwalają na wykorzystywanie tych samych programów w wielu systemach oraz swobodne ich modyfikowanie. Problem jest z driverami, programami zarządzającymi hardwarem. W wielu przypadkach są to binarne (skompilowane) programy własnościowe, trudne do zastosowania w systemach innych, niż dedykowane przez producentów. Własnościowe są również skype i dropbox. Debian, ale każda z dystrybucji ma własną politykę w tym zakresie, dzieli oprogramowanie na trzy grupy. Pierwsza, to oprogramowanie wolne, druga - oprogramowanie wolne, jednak wykorzystujące też niewolne oprogramowanie/biblioteki (contribite), ostatnią grupą jest oprogramowanie niewolne (non-free).
Point dołączył część niewolną repozytoriów, przez co łatwiej jest go zainstalować i używać. Out-of-the-box mamy gotowy system. W przypadku Debiana częstym problemem jest brak wolnych sterowników kart wifi. System musi być zainstalowany z wykorzystaniem łącza kablowego. Po uzupełnieniu repozytoriów i doinstalowaniu stosownych niewolnych sterowników możemy korzystać z wifi. Także podczas instalacji Debian nie obsługuje łączności gsmowej. Twórca Pointa wykonał część prac za nas, dołączając także preferowane przez siebie środowisko graficzne.
czwartek, 23 stycznia 2014
Ciasto z dropboxa
Chmura, to nie tylko przechowalnia plików. Coraz częściej jest ona dostarczycielką usług. Na upartego, przy dobrze działającej sieci oprogramowanie naszego komputerka mogłoby zostać zredukowane do przeglądarki. Pomysły takie są, mają się dobrze i kto wie, czy nie tędy droga. Przynajmniej w tym świecie bardziej ucywilizowanym.
Przy okazji instalowania dropboxa natknąłem się na zbiór artykułów dotyczących jego wykorzystania. Część porad, całkiem niebanalna. Strona niestety po angielsku, ale taka jest kolej rzeczy. Wynalazcy, zwycięzcy, innowatorzy narzucają swój język.
Przy okazji jednego z artykułów dotyczących wykorzystania dropboxa do budowania i zarządzania własną stroną przy pomocy (płatnego) serwisu https://www.harp.io/ przypomniał mi się analogiczny serwis, tylko bezpłatny. Nazwa i adres - Pancake.io - bardziej kojarzy się z branżą cukierniczą niż informatyczną.
Przy okazji instalowania dropboxa natknąłem się na zbiór artykułów dotyczących jego wykorzystania. Część porad, całkiem niebanalna. Strona niestety po angielsku, ale taka jest kolej rzeczy. Wynalazcy, zwycięzcy, innowatorzy narzucają swój język.
Przy okazji jednego z artykułów dotyczących wykorzystania dropboxa do budowania i zarządzania własną stroną przy pomocy (płatnego) serwisu https://www.harp.io/ przypomniał mi się analogiczny serwis, tylko bezpłatny. Nazwa i adres - Pancake.io - bardziej kojarzy się z branżą cukierniczą niż informatyczną.
![]() |
| Strona startowa serwisu |
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Sejf
O bezpieczeństwie nigdy nie za wiele. Temat jest zawsze aktualny. To powinno wejść nam w krew. Posiadane informacje mogą mieć dla nas dużą wartość. Ale jeszcze większą dla osób postronnych. Potrzebą chwili jest ochrona tych informacji. Dodatkowo, mobilność zwiększa ryzyko utraty danych. Gubimy telefony, komputery, pendrive'y z osobistymi danymi. Żadne hasła zabezpieczające te urządzenia nie chronią naszych danych. Służą one tylko utrudnieniom, nie są przeszkodą, w uruchomieniu tych urządzeń. Dane w naszych urządzeniach są najczęściej w żaden sposób niezabezpieczone. Dostęp do nich jest nie tylko poprzez windowsy, zainstalowany system operacyjny, ale także przez dowolny inny system np. puppiego, który możemy uruchomić z urządzeń przenośnych. Mało kto szyfruje całe dyski. Trzeba to zrobić przed zainstalowaniem systemu operacyjnego. Do tego może służyć wspominany truecrypt. Ale po instalacji systemu pozostaje nam tylko zabezpieczanie danych innymi metodami.
Programem podobnym w swojej filozofii do truecrypta jest safehouse.
Oba programy umożliwiają tworzenie i zarządzanie zaszyfrowanymi kontenerami. Są to zaszyfrowane pliki, które mogę być przez windowsy widziane jako dodatkowe dyski.
Programem podobnym w swojej filozofii do truecrypta jest safehouse.
![]() |
| Strona programu |
Oba programy umożliwiają tworzenie i zarządzanie zaszyfrowanymi kontenerami. Są to zaszyfrowane pliki, które mogę być przez windowsy widziane jako dodatkowe dyski.
środa, 15 stycznia 2014
Po xp
Wszystko co ma swój początek, ma też i koniec. Trzeba się już zastanowić, nie ma wyjścia, jaka powinna być nasza reakcja na brak wsparcia dla xp. Czasu mamy niewiele. Starajmy się własnoręcznie, a raczej samodzielnie intelektualnie, bez żadnej podpowiedzi marketingowej znaleźć zgrabny scenariusz.
Osobiście, to komputery mam już leciwe.
Czy to w czymś przeszkadza? Mnie osobiście nie. Nie wyliczam jakiś karkołomnych trajektorii, nie mam zbyt ciężkiego systemu, i w ogóle to niezbyt obciążam swój sprzęt. Wystarczyło na lat 8, wystarczy jeszcze trochę. Zawahałem się, co do długości następnego okresu, bo to zależy od wielu rzeczy. Przede wszystkim sposobu wykorzystania.
Osobiście, to komputery mam już leciwe.
![]() |
| specyfikacja mojego desktopa |
Czy to w czymś przeszkadza? Mnie osobiście nie. Nie wyliczam jakiś karkołomnych trajektorii, nie mam zbyt ciężkiego systemu, i w ogóle to niezbyt obciążam swój sprzęt. Wystarczyło na lat 8, wystarczy jeszcze trochę. Zawahałem się, co do długości następnego okresu, bo to zależy od wielu rzeczy. Przede wszystkim sposobu wykorzystania.
niedziela, 5 stycznia 2014
W chmurach
Przełom roku sprzyja raczej lenistwu niż pracy, dlatego też chciałbym chwilę pobujać. Pobujać, jak wyżej, w chmurach.
Zawsze mam wrażenie, że nowy rok, jak i wszystkie pozostałe święta wymyślili marketingowcy. W zasadzie, upływ czasu jest procesem ciągłym i ten akurat dzień nie jest niczym szczególnym. No ale jak nie ma świąt, to nie ma zakupów. A jak sprzedaż leży, to premie bye bye. Brutalne prawo natury. Biznesowej, nie ludzkiej.
Ale wracając do chmur, to najpierw zacząłem się zastanawiać, co mogłoby być babolem roku już minionego. Dla mnie numero uno jest sprzedaż Nokii. Uśmiałem się z tego jak norka, bo. Najpierw Finowie zatrudnili sobie agenta. Agenta $MS, który w krótkim czasie wyciął wszystko, co odróżniało firmę od reszty i co było jej sukcesem. Potem uzależnił firmę od współpracy z $MS, rezygnując z dywersyfikacji własnych rozwiązań. A na koniec doprowadził do sprzedaży istotnych części firmy. W nagrodę za to wszystko dostał bonus w wysokości 25 mln dolców plus stanowisko w firmie, w której był i wyszedł i powrócił. Finowie obudzili się z ręką w nocniku. Nawet premier kraju poprosił o rezygnację z bonusa. Niestety naiwność Finczyków (no bo prawdziwy Fin, by tak nie zrobił) spotkała się z bezczelnością agenta. Powodem odmowy zwrotu kasy był rozwód z żoną. Turlałem się ze śmiechu. Czasami warto się rozwodzić, by mieć zgrabny argument.
Czy coś może to przebić? Chyba niezbyt szybko.
Zawsze mam wrażenie, że nowy rok, jak i wszystkie pozostałe święta wymyślili marketingowcy. W zasadzie, upływ czasu jest procesem ciągłym i ten akurat dzień nie jest niczym szczególnym. No ale jak nie ma świąt, to nie ma zakupów. A jak sprzedaż leży, to premie bye bye. Brutalne prawo natury. Biznesowej, nie ludzkiej.
Ale wracając do chmur, to najpierw zacząłem się zastanawiać, co mogłoby być babolem roku już minionego. Dla mnie numero uno jest sprzedaż Nokii. Uśmiałem się z tego jak norka, bo. Najpierw Finowie zatrudnili sobie agenta. Agenta $MS, który w krótkim czasie wyciął wszystko, co odróżniało firmę od reszty i co było jej sukcesem. Potem uzależnił firmę od współpracy z $MS, rezygnując z dywersyfikacji własnych rozwiązań. A na koniec doprowadził do sprzedaży istotnych części firmy. W nagrodę za to wszystko dostał bonus w wysokości 25 mln dolców plus stanowisko w firmie, w której był i wyszedł i powrócił. Finowie obudzili się z ręką w nocniku. Nawet premier kraju poprosił o rezygnację z bonusa. Niestety naiwność Finczyków (no bo prawdziwy Fin, by tak nie zrobił) spotkała się z bezczelnością agenta. Powodem odmowy zwrotu kasy był rozwód z żoną. Turlałem się ze śmiechu. Czasami warto się rozwodzić, by mieć zgrabny argument.
Czy coś może to przebić? Chyba niezbyt szybko.
piątek, 20 grudnia 2013
Partycje
Wielokrotnie już wspominałem o partycjach, partycjonowaniu i dyskach lokalnych. Czas zamknąć temat. Dla wielu osób jest to rzecz niepotrzebna i totalny kosmos, ale nawet dla bezpieczeństwa tego co mamy w komputerze warto oddzielić programy od danych. Dostawcy sprzętu postępują różnie. W większości w systemie, windowsach, widzimy jeden dysk. Zdarza się jednak, że są dwa. Fizycznie mamy jeden dysk, ale system każdą z partycji, czyli wydzieloną część dysku, widzi jako dysk, przypisując jej stosowną literkę. Oczywiście ta literka, to nie dogmat. Też można ją zmienić, ale jest to temat marginalny.
Dążymy co najmniej do sytuacji przedstawionej poniżej
Rysunek jest samoobjaśniający się, ale podsumuję. Tutaj mój dysk został podzielony na dwie części, zwane partycjami. Na pierwszej z nich jest system (windows XP), na drugiej - wszystkie moje dane z katalogiem Moje Dokumenty i programami przenośnymi platformy portableapps.com włącznie.
Windowsy zawsze muszą być zainstalowane na pierwszej partycji dysku, z którego system startuje. Nie możemy ich umieścić na kolejnych partycjach. To nie działa. Dodatkowo, jeżeli mielibyśmy już zainstalowany inny system na drugiej partycji (a takie rzeczy się zdarzają), to windows zachowa się jak kukułka. Zainstaluje się na pierwszej, odetnie dostęp do drugiej (to jest do naprawienia). Nie jest to postawa koncyliacyjny.
Dążymy co najmniej do sytuacji przedstawionej poniżej
![]() |
| Podział dysku na dwie partycje |
Windowsy zawsze muszą być zainstalowane na pierwszej partycji dysku, z którego system startuje. Nie możemy ich umieścić na kolejnych partycjach. To nie działa. Dodatkowo, jeżeli mielibyśmy już zainstalowany inny system na drugiej partycji (a takie rzeczy się zdarzają), to windows zachowa się jak kukułka. Zainstaluje się na pierwszej, odetnie dostęp do drugiej (to jest do naprawienia). Nie jest to postawa koncyliacyjny.
sobota, 14 grudnia 2013
Dodatki
System operacyjny z reguły jest goły jak święty turecki. No może nie tak dokładnie, bo jednak ma trochę sterowników i kilka programów na krzyż. Ale w zasadzie on po to jest. Zarządzanie sprzętem i możliwość uruchomiania programów. To, czego nam brakuje, zawsze można sobie doinstalować. Jeżeli nie oryginały, to substytuty. Programy oferujące podobną funkcjonalność. Jednak w windowsach pierwsze miejsce zajmują zawsze narzędzia. Dla przykładu, raz jeszcze programy, które ja mam zainstalowane (stan na grudzień 2013)
Wiele tego nie ma.
![]() |
| Revo uninstaller - widok zainstalowanych programów, dexpot |
Wiele tego nie ma.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













