Ostatnio udało mi się odzyskać lub pozyskać kilka starych sprzętów. Ich wartość finansowa jest żadna - wystarczy spojrzeć na ceny na gumtree.
Jaką wartość może mieć mój hp (uchroniony od wyrzucenia)?
lub moja maxdata, którą sam osobiście zakupiłem lata temu
sobota, 28 lutego 2015
sobota, 17 stycznia 2015
UberStudent
Interesują mnie aktywne, czyli rozwijające się, dystrybucją linuksowym. Wprawdzie wybrałem i od lat obracam się w kręgu debianowym, to jednak warto wiedzieć co się dzieje.
System operacyjny, to narzędzie, które jest przydatne, o ile spełnia swoje funkcje i nasze oczekiwania. Wybór systemu jest w zasadzie sprawą drugorzędną i tak na prawdę powinien wynikać właśnie z analizy potrzeb. W przypadku Linuxa jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że nikt nas do niczego nie zmusza, i zawsze mamy jakiś wybór.
Linux oferuje mnóstwo możliwości. To długa i ciągła historia rozwoju oprogramowania z uniksowymi korzeniami. Jednak, by poznać system, tak jak w przypadku wszystkich nowych umiejętności, trzeba poświęcić mu trochę czasu. Przeniesienie doświadczeń z innych systemów, bywa trudne lub niemożliwe. Ale to normalne. Jeżeli coś robimy po raz pierwszy, to musimy zdobyć kompetencje - wiedzę i doświadczenie.
Prawie wszystkie dystrybucje linuksowe wydawane są w wersji live - try & buy. Oczywiście, to jest try & use. Mając płytę systemu lub jej obraz stosownie przeniesiony na inny nośnik, możemy system uruchomić na komputerze zgodnym z wymogami danej wersji systemu i chwilę go poużywać. Tym samym możemy sprawdzić jak zachowuje się sprzęt, czy mamy problemy z dźwiękiem, kartami sieciowymi, grafiką lub z innymi elementami. Możemy też zapoznać się z aplikacjami out of the box systemu.
Trzeba pamiętać, że współczesne desktopy i notebooki projektowane są do użytku z innym systemem. Windowsami. Działanie każdego elementu sprzętu wymaga stosownego oprogramowania lub jego części do zarządzania tym elementem. Wykonanie takiego oprogramowania M$ przerzucił na dostawców. W przypadku Linuksa, o ile dostawca nie utworzy stosownego oprogramowania - drivera, to ktoś to musi zrobić "for social profit". Oprogramowanie linuksowe jest oprogramowaniem o otwartym kodzie. każdy może zajrzeć, analizować, przerabiać zgodnie licencją. Ale w niektórych przypadkach dostawcy dostarczają oprogramowanie własnościowe, a twórcy dystrybucji albo decydują się na jego wykorzystanie, albo pozostawiają to użytkownikowi.
System operacyjny, to narzędzie, które jest przydatne, o ile spełnia swoje funkcje i nasze oczekiwania. Wybór systemu jest w zasadzie sprawą drugorzędną i tak na prawdę powinien wynikać właśnie z analizy potrzeb. W przypadku Linuxa jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że nikt nas do niczego nie zmusza, i zawsze mamy jakiś wybór.
Linux oferuje mnóstwo możliwości. To długa i ciągła historia rozwoju oprogramowania z uniksowymi korzeniami. Jednak, by poznać system, tak jak w przypadku wszystkich nowych umiejętności, trzeba poświęcić mu trochę czasu. Przeniesienie doświadczeń z innych systemów, bywa trudne lub niemożliwe. Ale to normalne. Jeżeli coś robimy po raz pierwszy, to musimy zdobyć kompetencje - wiedzę i doświadczenie.
Prawie wszystkie dystrybucje linuksowe wydawane są w wersji live - try & buy. Oczywiście, to jest try & use. Mając płytę systemu lub jej obraz stosownie przeniesiony na inny nośnik, możemy system uruchomić na komputerze zgodnym z wymogami danej wersji systemu i chwilę go poużywać. Tym samym możemy sprawdzić jak zachowuje się sprzęt, czy mamy problemy z dźwiękiem, kartami sieciowymi, grafiką lub z innymi elementami. Możemy też zapoznać się z aplikacjami out of the box systemu.
Trzeba pamiętać, że współczesne desktopy i notebooki projektowane są do użytku z innym systemem. Windowsami. Działanie każdego elementu sprzętu wymaga stosownego oprogramowania lub jego części do zarządzania tym elementem. Wykonanie takiego oprogramowania M$ przerzucił na dostawców. W przypadku Linuksa, o ile dostawca nie utworzy stosownego oprogramowania - drivera, to ktoś to musi zrobić "for social profit". Oprogramowanie linuksowe jest oprogramowaniem o otwartym kodzie. każdy może zajrzeć, analizować, przerabiać zgodnie licencją. Ale w niektórych przypadkach dostawcy dostarczają oprogramowanie własnościowe, a twórcy dystrybucji albo decydują się na jego wykorzystanie, albo pozostawiają to użytkownikowi.
poniedziałek, 29 września 2014
wiedza
Możliwość przyłączenia się do globalnej sieci otwiera nowe możliwości poznawcze. Sieć daje impuls do tworzenia treści, dokumentacji i ogólnie wiedzy na wiele różnych tematów, którymi można podzielić się z innymi użytkownikami. Tym samym wszyscy mamy dostęp do wiedzy, z której możemy skorzystać.
Przykładem pierwszym z brzegu jest Wikipedia - największy projekt edukacyjny.
O jego sile świadczy fakt, że angielskojęzyczna wersja zabiła papierową wersję encyklopedii brytyjskiej. Mając pod ręką coś co z jednej strony jest darmowe, z drugiej - w miarę aktualne, niewiele osób chce już sięgać do wersji papierowych. Dodatkowo ich użycie wiąże się z ryzykiem, że wydamy kasę, a nie znajdziemy informacji, których szukamy.
Wiele środowisk hejtuje Wikipedię. Nic nie dzieje się bez przyczyny. To jest walka konkurencyjna. Ci, którzy krytykują, zamiast tego mogliby stać się redaktorami. Ale praca 'for social profit' nie jest tak kusząca, jak praca wymierna w twardych walutach. Nieprawdaż? Sami też oceńmy, czy wiedza tam zawarta jest w jakiś sposób zła, nieprawdziwa. Przyglądając się wielu hasłom technologicznym (w wersji angielskojęzycznej) muszę przyznać, że są to obszerne i poważne artykuły. Kiedy próbowałem przelać je na papier, to okazywało się, że objętościowo zajmowały one po 20-30 stron. Wiele z tych artykułów, to jak dosyć zwarte monografie. Ja z nich korzystam często.
Ale nie tylko Wikipedia. Dzięki wyszukiwarkom można znaleźć pojedyncze artykuły na prawie każdy temat. Odpowiednia kwerenda i wyszukiwarka potrafi wskazać dziesiątki, setki potencjalnych źródeł.
Studiując kiedyś - polibuda, i niedawno - uniwersytet, stwierdzam, że dostęp do materiałów, źródeł, artykułów, książek jest zdecydowanie prostszy. Jako studen politechniki godzinami przesiadywałem w czytelni, bo liczba potrzebnych tytułów była znacznie ograniczona. Dzisiaj pisząc pracę (fakt, że nie były to nauki ścisłe) w krótkim czasie zgromadziłem materiał - źródła, cytaty, w wielu językach. Mogłem to wszystko przeczytać, dzięki serwisom tłumaczącym.
Dzisiaj w sieci angielski jest 'lingua franca'. Jego znajomość staje się koniecznością, jeżeli chcemy uczyć się nowych treści. Przy okazji mojego zainteresowania htmlem i tematami pokrewnymi ciężko było mi znaleźć rzeczy wartościowe w języku polskim - materiał był raczej przestarzały, za to bez trudu znalazłem rzeczy angielskojęzyczne. Co więcej sieć daje dostęp do wielu książek z zakresu it - polecam it-ebooks.
Wiele osób neguje potrzebę posiadania jakiejkolwiek wiedzy użytkując urządzenia techniczne. Kiedyś standardem było czytanie dokumentacji. Nic nie robiło się na ślepo. Dzisiaj wszystko na macanego. Efekt. W ułamku procenta nie znamy możliwości sprzętu, oprogramowania, które posiadamy. To nie jest sytuacja przypadkowa. Łatwiej manipuluje się ciemniakiem, który nie wie, że kupując dzisiejszą nowość, miał ją już pod ręką za free wiele lat wstecz. Niestety gospodarka wzrostu wymaga poświęceń. Głównie konsumentów. Producenci tylko zacierają ręce.
Jak się tylko rozejrzymy dookoła, to okazuje się, że w sieci jest wielu hobbystów i organizacji, których celem jest przekazywanie wiedzy. Za free lub niewielkie dotacje i for social profit. Poziom ich wytwórczości często przewyższa dokonania tzw. zawodowców. Warto szukać i korzystać. Krytycznie, ale nie krytykancko, z wdzięcznością za poświęcony czas i chęć dzielenia się wiedzą.
Przykładem pierwszym z brzegu jest Wikipedia - największy projekt edukacyjny.
O jego sile świadczy fakt, że angielskojęzyczna wersja zabiła papierową wersję encyklopedii brytyjskiej. Mając pod ręką coś co z jednej strony jest darmowe, z drugiej - w miarę aktualne, niewiele osób chce już sięgać do wersji papierowych. Dodatkowo ich użycie wiąże się z ryzykiem, że wydamy kasę, a nie znajdziemy informacji, których szukamy.
Wiele środowisk hejtuje Wikipedię. Nic nie dzieje się bez przyczyny. To jest walka konkurencyjna. Ci, którzy krytykują, zamiast tego mogliby stać się redaktorami. Ale praca 'for social profit' nie jest tak kusząca, jak praca wymierna w twardych walutach. Nieprawdaż? Sami też oceńmy, czy wiedza tam zawarta jest w jakiś sposób zła, nieprawdziwa. Przyglądając się wielu hasłom technologicznym (w wersji angielskojęzycznej) muszę przyznać, że są to obszerne i poważne artykuły. Kiedy próbowałem przelać je na papier, to okazywało się, że objętościowo zajmowały one po 20-30 stron. Wiele z tych artykułów, to jak dosyć zwarte monografie. Ja z nich korzystam często.
Ale nie tylko Wikipedia. Dzięki wyszukiwarkom można znaleźć pojedyncze artykuły na prawie każdy temat. Odpowiednia kwerenda i wyszukiwarka potrafi wskazać dziesiątki, setki potencjalnych źródeł.
Studiując kiedyś - polibuda, i niedawno - uniwersytet, stwierdzam, że dostęp do materiałów, źródeł, artykułów, książek jest zdecydowanie prostszy. Jako studen politechniki godzinami przesiadywałem w czytelni, bo liczba potrzebnych tytułów była znacznie ograniczona. Dzisiaj pisząc pracę (fakt, że nie były to nauki ścisłe) w krótkim czasie zgromadziłem materiał - źródła, cytaty, w wielu językach. Mogłem to wszystko przeczytać, dzięki serwisom tłumaczącym.
Dzisiaj w sieci angielski jest 'lingua franca'. Jego znajomość staje się koniecznością, jeżeli chcemy uczyć się nowych treści. Przy okazji mojego zainteresowania htmlem i tematami pokrewnymi ciężko było mi znaleźć rzeczy wartościowe w języku polskim - materiał był raczej przestarzały, za to bez trudu znalazłem rzeczy angielskojęzyczne. Co więcej sieć daje dostęp do wielu książek z zakresu it - polecam it-ebooks.
Wiele osób neguje potrzebę posiadania jakiejkolwiek wiedzy użytkując urządzenia techniczne. Kiedyś standardem było czytanie dokumentacji. Nic nie robiło się na ślepo. Dzisiaj wszystko na macanego. Efekt. W ułamku procenta nie znamy możliwości sprzętu, oprogramowania, które posiadamy. To nie jest sytuacja przypadkowa. Łatwiej manipuluje się ciemniakiem, który nie wie, że kupując dzisiejszą nowość, miał ją już pod ręką za free wiele lat wstecz. Niestety gospodarka wzrostu wymaga poświęceń. Głównie konsumentów. Producenci tylko zacierają ręce.
Jak się tylko rozejrzymy dookoła, to okazuje się, że w sieci jest wielu hobbystów i organizacji, których celem jest przekazywanie wiedzy. Za free lub niewielkie dotacje i for social profit. Poziom ich wytwórczości często przewyższa dokonania tzw. zawodowców. Warto szukać i korzystać. Krytycznie, ale nie krytykancko, z wdzięcznością za poświęcony czas i chęć dzielenia się wiedzą.
niedziela, 31 sierpnia 2014
webowanie
Jakoś ostatnio wkręciło mnie robienie stron. Może jeszcze nie teraz, ale za chwilę narzędzia do edycji stron będą podobne do pakietów biurowych. A w zasadzie, dlaczego nie są ich częścią. Czy pisząc jakikolwiek tekst zastanawiamy się, jaki jest format danych? Raczej nie. A wszystko idzie w tym kierunku, by formaty danych zarówno te dokumentowe jak i przeglądarkowe były formatami xmlowymi. Xml, to trochę ogólnik i słowo klucz. W zasadzie xml jest klasą formatów. Pliki xmlowe spełniają pewne ogólne reguły, jednak każdy format xmlowy może (i w zasadzie jest) inny.
Wracając do porównań. Pakiet biurowy nie zmusza nas do poznania struktury pliku danych. Nie interesuje nas to. W przypadku stron webowych jest trochę inaczej. Niby są cmsy, czyli systemy zarządzania treścią (np. ten system, w którym pisany jest ten blog), ale bez znajomości htmla raczej trudno coś wycyzelować.
To nie jest wszystko. Może od początku. Każda strona może być opisana w trzech płaszczyznach. Zawartość, wygląd, manipulacja kodem. Współcześnie te trzy płaszczyzny zostały rozdzielone i każda z nich wykorzystuje inne narzędzia. Są to odpowiednio (x)html do zarządzania treścią, css do zarządzania wyglądem i javascript do manipulacji kodem.
Ciekawą rzeczą jest, że podstawami teoretycznymi i standaryzacją narzędzi zajmuje się niezależna organizacja - w3.org. Producenci przeglądarek w mniejszym lub większym stopniu dostosowują się do tych standardów. Taki rozwój jest właściwy, bo jest podstawą konkurencji. Zupełnie inaczej jest w przypadku pakietów biurowych. Pierwotnie był otwarty standard ISO, z którego korzystały pakiety opensource'owe, ale Microsoft przeforsował swój standard, co skutecznie zablokowało możliwość pełnej edycji plików office'a w pakietach opensource'owych Libreoffice czy (Apache) Openoffice
Wracając do porównań. Pakiet biurowy nie zmusza nas do poznania struktury pliku danych. Nie interesuje nas to. W przypadku stron webowych jest trochę inaczej. Niby są cmsy, czyli systemy zarządzania treścią (np. ten system, w którym pisany jest ten blog), ale bez znajomości htmla raczej trudno coś wycyzelować.
To nie jest wszystko. Może od początku. Każda strona może być opisana w trzech płaszczyznach. Zawartość, wygląd, manipulacja kodem. Współcześnie te trzy płaszczyzny zostały rozdzielone i każda z nich wykorzystuje inne narzędzia. Są to odpowiednio (x)html do zarządzania treścią, css do zarządzania wyglądem i javascript do manipulacji kodem.
Ciekawą rzeczą jest, że podstawami teoretycznymi i standaryzacją narzędzi zajmuje się niezależna organizacja - w3.org. Producenci przeglądarek w mniejszym lub większym stopniu dostosowują się do tych standardów. Taki rozwój jest właściwy, bo jest podstawą konkurencji. Zupełnie inaczej jest w przypadku pakietów biurowych. Pierwotnie był otwarty standard ISO, z którego korzystały pakiety opensource'owe, ale Microsoft przeforsował swój standard, co skutecznie zablokowało możliwość pełnej edycji plików office'a w pakietach opensource'owych Libreoffice czy (Apache) Openoffice
sobota, 16 sierpnia 2014
debianopochodne
Przez ostatnie lata starałem się przyjrzeć wielu dystrybucjom linuksowym. Wybór jest duży, ale czy równie wiele dystrybucji spełnia moje oczekiwania? Z tym już trudniej. W tej chwili od blisko dwóch lat pracuję na dystrybucjach debianowych. Nie na samym Debianie, ale raczej dystrybucjach zbudowanych na jego pakietach - point, semplice wattOS. Każdy ma inną definicję własnych potrzeb, a co zatem definicję jakości, stąd pomijam moje motywy wyboru. Po blisko dwóch latach w użyciu mam wrażenie, że system ten spełnia moje oczekiwania w warstwie funkcjonalnej, aplikacyjnej i sprzętowej.
Ale żeby nie było tak prosto. Nie oznacza to, że wszystko idzie jak z płatka bez dodatkowej wiedzy i pracy. Jak w przypadku wszystkiego. By korzystać trzeba mieć trochę kompetencji. Kompetencje windowsowe zawsze przekładają się na kompetencje linuksowe. Chcieć to móc. Jednak trzeba się przemóc, by poznawać nowe rzeczy.
Warto sobie zadać pytanie, po co są dystrybucje pochodne, kiedy jest oryginał. Oryginał może być doskonały, ale funkcjonalność wersji pochodnej z reguły jest trochę inna. Pamiętajmy, że bazą Debiana jest blisko 40 tysięcy pakietów, a przy budowie dystrybucji wykorzystanych jest tylko tysiąc z ogonkiem. Ponadto, pakiety te są w różnych wersjach względem czasu ich powstania. Stąd istnienie kilku tzw. gałęzi. Praktycznie do budowy dystrybucji, czy to oryginału - Debiana, czy jego pochodnych, wykorzystuje się trzy gałęzie
Ale żeby nie było tak prosto. Nie oznacza to, że wszystko idzie jak z płatka bez dodatkowej wiedzy i pracy. Jak w przypadku wszystkiego. By korzystać trzeba mieć trochę kompetencji. Kompetencje windowsowe zawsze przekładają się na kompetencje linuksowe. Chcieć to móc. Jednak trzeba się przemóc, by poznawać nowe rzeczy.
Warto sobie zadać pytanie, po co są dystrybucje pochodne, kiedy jest oryginał. Oryginał może być doskonały, ale funkcjonalność wersji pochodnej z reguły jest trochę inna. Pamiętajmy, że bazą Debiana jest blisko 40 tysięcy pakietów, a przy budowie dystrybucji wykorzystanych jest tylko tysiąc z ogonkiem. Ponadto, pakiety te są w różnych wersjach względem czasu ich powstania. Stąd istnienie kilku tzw. gałęzi. Praktycznie do budowy dystrybucji, czy to oryginału - Debiana, czy jego pochodnych, wykorzystuje się trzy gałęzie
- stabilną, oprogramowanie przetestowane (do tego trzeba czasu) i raczej starawe ale w pełni funkcjonalne
- testową, jak sama nazwa wskazuje, nowsze aplikacje w fazie testowania, co oznacza, że coś nawet jeżeli teraz działa, to za chwilę może przestać.
- niestabilną (sid), najnowsze wersje oprogramowania w fazie nawet przedtestowej.
czwartek, 31 lipca 2014
etykiety
Pakiety biurowe, to temat rzeka. Czy je znamy i umiemy się nimi posługiwać? Analizując otrzymywane dokumenty mógłbym postawić tezę, że nie bardzo. Pakiety te przez lata bardzo zwiększyły swoją objętość i funkcjonalność. Czy ten wzrost jest wynikiem potrzeb, czy też pochodną działań marketingowych, nadążania za konkurencją, elementem przewagi konkurencyjnej?
Przez lata wyrobiłem sobie podejście czysto racjonalne. Każdy program jest narzędziem, które pozwala na rozwiązanie postawionego przed nami zadania. I tak jak do wywozu śmieci nie zabieramy kabrioletu, ani do wycieczki po promenadzie ciężarówki, tak strzelanie z armaty do wróbla jest stratą energii. Po co nam młot parowy do przybicia jednego gwoździa. Bo tak jest w rzeczywistości. Przeprowadźmy analizę ostatnio napisanych dokumentów. Okaże się, że większość z nich, to dokumenty proste, a nawet prościutkie, dla których nie warto odpalać kombajnu. Oczywiście są tacy, którzy wykorzystują np. arkusze kalkulacyjne do bardzo zaawansowanych analiz finansowych. Założę się jednak, że są to jednostki.
Za rozwój oprogramowania płacą wszyscy w formie licencji, jednak tylko nieliczni potrafią skorzystać z posiadanej mocy i tylko tym nielicznym kasa się zwraca. Jednak rozdzielenie tego typu produktu na dwa - wersji bardzo łatwej dla ogółu, wersji zaawansowanej dla geeków z perspektywy biznesowej byłoby błędem. Oba produkty poniosłyby klęskę. Pierwszy nie zaspakajałby ego ogółu, drugi byłby koszmarnie drogi, a w konsekwencji nie zwróciłby kosztów rozwoju.
Jakoś tak nam wmówiono, że za rzeczy dobre trzeba zapłacić. Trochę jesteśmy na bakier z ekonomią i wydaje nam się, że pojęcia cena i wartość, to jest to samo. A czy zdarzyło nam się kupić coś bardzo drogiego, ale bezwartościowego? Każdy ma takie wpadki i w tym momencie powinien zastanowić się nad definicjami i relacjami obu pojęć.
Przykładem rzeczy bardzo wartościowych, ale darmowych lub relatywnie tanich jest wiele programów opensource'owych. W tym kontekście myślę o pakietach Libre- i Openoffice. Zawsze mnie zastanawia, jakich kosmicznych technologii używają urzędnicy, że właśnie potrzebują oprogramowania płatnego. Jaka funkcjonalność jest tak unikatowa, że trzeba korzystać z tego jednego, jedynego produktu. Dlaczego funkcjonariusze państwowi wspierają wybrane koncerny, zamiast własnych obywateli i własne firmy?
Przez lata wyrobiłem sobie podejście czysto racjonalne. Każdy program jest narzędziem, które pozwala na rozwiązanie postawionego przed nami zadania. I tak jak do wywozu śmieci nie zabieramy kabrioletu, ani do wycieczki po promenadzie ciężarówki, tak strzelanie z armaty do wróbla jest stratą energii. Po co nam młot parowy do przybicia jednego gwoździa. Bo tak jest w rzeczywistości. Przeprowadźmy analizę ostatnio napisanych dokumentów. Okaże się, że większość z nich, to dokumenty proste, a nawet prościutkie, dla których nie warto odpalać kombajnu. Oczywiście są tacy, którzy wykorzystują np. arkusze kalkulacyjne do bardzo zaawansowanych analiz finansowych. Założę się jednak, że są to jednostki.
Za rozwój oprogramowania płacą wszyscy w formie licencji, jednak tylko nieliczni potrafią skorzystać z posiadanej mocy i tylko tym nielicznym kasa się zwraca. Jednak rozdzielenie tego typu produktu na dwa - wersji bardzo łatwej dla ogółu, wersji zaawansowanej dla geeków z perspektywy biznesowej byłoby błędem. Oba produkty poniosłyby klęskę. Pierwszy nie zaspakajałby ego ogółu, drugi byłby koszmarnie drogi, a w konsekwencji nie zwróciłby kosztów rozwoju.
Jakoś tak nam wmówiono, że za rzeczy dobre trzeba zapłacić. Trochę jesteśmy na bakier z ekonomią i wydaje nam się, że pojęcia cena i wartość, to jest to samo. A czy zdarzyło nam się kupić coś bardzo drogiego, ale bezwartościowego? Każdy ma takie wpadki i w tym momencie powinien zastanowić się nad definicjami i relacjami obu pojęć.
Przykładem rzeczy bardzo wartościowych, ale darmowych lub relatywnie tanich jest wiele programów opensource'owych. W tym kontekście myślę o pakietach Libre- i Openoffice. Zawsze mnie zastanawia, jakich kosmicznych technologii używają urzędnicy, że właśnie potrzebują oprogramowania płatnego. Jaka funkcjonalność jest tak unikatowa, że trzeba korzystać z tego jednego, jedynego produktu. Dlaczego funkcjonariusze państwowi wspierają wybrane koncerny, zamiast własnych obywateli i własne firmy?
sobota, 19 lipca 2014
wattOS
Trochę z konieczności zainteresowałem się innym systemem - wattOS
Niezbyt często lubię zmieniać systemy operacyjne, ale czasami trzeba. Od ponad roku korzystam z dwóch. Obu bazujących na Debianie. Produkcyjnym jest Point Linux, uzupełniającym (także moje kompetencje) - Semplice Linux.
Point jest świetnym systemem. Bardzo dobrze pomyślany dobór oprogramowania. Stabilny Debian jest gwarantem niezawodnej pracy przez lata. Jednak w kontekście użycia go do nowszego sprzętu ma jedną wadę. Brak jest pełnej obsługi sprzętu. W moim przypadku, to brak obsługi czytnika kart flashowych i pełnego wsparcia dla radeonów.
W Debianie i systemach pochodnych jest możliwość korzystania z nowszego oprogramowania poprzez tzw. backporty. Backporty, to technika polegająca na przeniesieniu oprogramowania z wyższej wersji do niższej. W tym przypadku najczęściej backportuje się jądro systemu.
W stabilnym Debianie podstawowym jądrem jest jądro serii 3.2. Obsługa czytnika wymaga dodatkowego sterownika. Ale już w jądrze 3.5 (chyba) jest on zbędny i system widzi karty flashowe. Od wersji 3.13 jądro wspiera karty ati/radeon. Nowe otwarte sterowniki działają lepiej, a od wersji 3.14 automatycznie włączone jest zarządzanie poborem energii.
Dodając repozytorium backportowe mamy dostęp nie tylko do nowszych wersji jądra ale i innych programów.
Oczywiście dla starszego sprzętu nie ma to znaczenia i na pozostałych swoich desktopach instaluję i używam Pointa w wersji stabilnej, bez dodawania backportów.
Niezbyt często lubię zmieniać systemy operacyjne, ale czasami trzeba. Od ponad roku korzystam z dwóch. Obu bazujących na Debianie. Produkcyjnym jest Point Linux, uzupełniającym (także moje kompetencje) - Semplice Linux.
Point jest świetnym systemem. Bardzo dobrze pomyślany dobór oprogramowania. Stabilny Debian jest gwarantem niezawodnej pracy przez lata. Jednak w kontekście użycia go do nowszego sprzętu ma jedną wadę. Brak jest pełnej obsługi sprzętu. W moim przypadku, to brak obsługi czytnika kart flashowych i pełnego wsparcia dla radeonów.
W Debianie i systemach pochodnych jest możliwość korzystania z nowszego oprogramowania poprzez tzw. backporty. Backporty, to technika polegająca na przeniesieniu oprogramowania z wyższej wersji do niższej. W tym przypadku najczęściej backportuje się jądro systemu.
W stabilnym Debianie podstawowym jądrem jest jądro serii 3.2. Obsługa czytnika wymaga dodatkowego sterownika. Ale już w jądrze 3.5 (chyba) jest on zbędny i system widzi karty flashowe. Od wersji 3.13 jądro wspiera karty ati/radeon. Nowe otwarte sterowniki działają lepiej, a od wersji 3.14 automatycznie włączone jest zarządzanie poborem energii.
Dodając repozytorium backportowe mamy dostęp nie tylko do nowszych wersji jądra ale i innych programów.
Oczywiście dla starszego sprzętu nie ma to znaczenia i na pozostałych swoich desktopach instaluję i używam Pointa w wersji stabilnej, bez dodawania backportów.
poniedziałek, 30 czerwca 2014
markdown
Tak się składa, że ostatnio strasznie się wkręciłem. Bardzo zainteresowałem się technologiami związanymi z tworzeniem i zarządzaniem stronami webowymi. W konsekwencji jakoś mam mniej czasu na pisanie. Trochę przystopowałem, ale postaram się, może rzadziej, ale jednak coś pisać.
Teraz trochę o internecie. Czy każdy wie, jak to działa? No właśnie. Tak sobie robimy click i oglądamy, strony, obrazki, filmy. Słuchamy muzyki. Wszystko z magicznego pudełka.
Nie są to takie czary, co będę się starał wyjaśnić później. Ale najpierw powrót do rzeczy, którą już sygnalizowałem. Markdown.
Jakiś czas temu pisałem o markdownie i zastosowaniu do tworzenia prostych stron zarządzanych poprzez dropboxa. Jak się zacząłem wczytywać w temat, to okazało się, że markdown jako narzędzie do tworzenia dokumentów jest dosyć popularne. Niestety z trudem znaleźć można polskie źródła, stąd z konieczności muszę opierać się o dokumentację angielskojęzyczną.
Zauważmy najpierw, że poprzez wszystkie lata pliki tekstowe i ich format w zasadzie się nie zmieniły. Można powiedzieć, że txt jest wieczny. W prawdzie w każdym z systemów operacyjnych - unix, windows, mac - jest inna konwencja kończenia linii, ale nie zmienia to zawartości plików.
Dla przypomnienia. Markdown to zbiór predefiniowanych znaczników w tekście służących do jego formatowania. Mówi się, że jest to język, ale to tak trochę na wyrost. Takie rozwiązania są tak stare jak komputery. A może starsze. Przecież podobnego systemu używały (i używają nadal) drukarki. To co wysyłamy do drukowania jest drukowane z wyłączeniem pewnych sekwencji sterujących, powodujących zmianę trybu drukowania - drukowanie kursywą, pogrubieniem, większymi, mniejszymi znakami, innym zbiorem czcionek itp. Znacie, znamy.
Teraz trochę o internecie. Czy każdy wie, jak to działa? No właśnie. Tak sobie robimy click i oglądamy, strony, obrazki, filmy. Słuchamy muzyki. Wszystko z magicznego pudełka.
Nie są to takie czary, co będę się starał wyjaśnić później. Ale najpierw powrót do rzeczy, którą już sygnalizowałem. Markdown.
Jakiś czas temu pisałem o markdownie i zastosowaniu do tworzenia prostych stron zarządzanych poprzez dropboxa. Jak się zacząłem wczytywać w temat, to okazało się, że markdown jako narzędzie do tworzenia dokumentów jest dosyć popularne. Niestety z trudem znaleźć można polskie źródła, stąd z konieczności muszę opierać się o dokumentację angielskojęzyczną.
Zauważmy najpierw, że poprzez wszystkie lata pliki tekstowe i ich format w zasadzie się nie zmieniły. Można powiedzieć, że txt jest wieczny. W prawdzie w każdym z systemów operacyjnych - unix, windows, mac - jest inna konwencja kończenia linii, ale nie zmienia to zawartości plików.
Dla przypomnienia. Markdown to zbiór predefiniowanych znaczników w tekście służących do jego formatowania. Mówi się, że jest to język, ale to tak trochę na wyrost. Takie rozwiązania są tak stare jak komputery. A może starsze. Przecież podobnego systemu używały (i używają nadal) drukarki. To co wysyłamy do drukowania jest drukowane z wyłączeniem pewnych sekwencji sterujących, powodujących zmianę trybu drukowania - drukowanie kursywą, pogrubieniem, większymi, mniejszymi znakami, innym zbiorem czcionek itp. Znacie, znamy.
sobota, 31 maja 2014
Kupujcie
Przy okazji padu mojego dysku zacząłem się zastanawiać nad sprzętem, który używałem kiedyś i dzisiaj. Dysk był padł fizycznie. Ciach i nie działa. Jednak wiele sprzętu, nadal w moim posiadaniu, nie działa zupełnie z innego powodu.
Najpierw spojrzenie wstecz. Co miałem. Pomijam pierwsze PC-ty. I bez tego lista nie jest zbiorem pustym.
Casiopeia. W dawnych czasach poprzedniego wieku zakupiony handheld do pracy. Windowsy 1.0 CE. Niewielki ekranik, ale możliwość czytania i edycji plików officowych w formatach portable. Dobrze synchronizował się z PCtem (łączem rs). Niestety, następne wersje systemu nie były już dostępne i urządzenie umarło śmiercią naturalną. Czyli do dziś dnia leży gdzieś na półce.
Rex 600. Mały organizer, wielkości karty kredytowej. Miał własny system i oprogramowanie. Synchronizował się z PCtem za pomocą specjalnej przystawki. W przypadku notebooka mającego gniazdo pcimcia synchronizacja była jeszcze prostsza. Po włożeniu rexa do gniazda synchronizacja była już automatyczna. Dane wprowadzało się za pomocą ekraniku dotykowego. Super poręczne rozwiązanie. Nagle całość firmy kupił Intel. Miałem nadzieję, że będzie to rozwijał, ale było zupełnie odwrotnie. Produkt został zabity. Brak wsparcia, kontynuacji itp.
Najpierw spojrzenie wstecz. Co miałem. Pomijam pierwsze PC-ty. I bez tego lista nie jest zbiorem pustym.
Casiopeia. W dawnych czasach poprzedniego wieku zakupiony handheld do pracy. Windowsy 1.0 CE. Niewielki ekranik, ale możliwość czytania i edycji plików officowych w formatach portable. Dobrze synchronizował się z PCtem (łączem rs). Niestety, następne wersje systemu nie były już dostępne i urządzenie umarło śmiercią naturalną. Czyli do dziś dnia leży gdzieś na półce.
Rex 600. Mały organizer, wielkości karty kredytowej. Miał własny system i oprogramowanie. Synchronizował się z PCtem za pomocą specjalnej przystawki. W przypadku notebooka mającego gniazdo pcimcia synchronizacja była jeszcze prostsza. Po włożeniu rexa do gniazda synchronizacja była już automatyczna. Dane wprowadzało się za pomocą ekraniku dotykowego. Super poręczne rozwiązanie. Nagle całość firmy kupił Intel. Miałem nadzieję, że będzie to rozwijał, ale było zupełnie odwrotnie. Produkt został zabity. Brak wsparcia, kontynuacji itp.
wtorek, 20 maja 2014
rip
Rzeczy niestety się psują. Nie inaczej jest z elektroniką. Jest, za chwilę może przestać funkcjonować. Powody bywają oczywiste, np. coś nam spadło, nastąpiło przepięcie prądu itp. Ale czasami powód jest nieznany. Po prostu po latach funkcjonowania nagły koniec. Dotknęło to mnie. Nagle dysk postukał chwilę i przestał funkcjonować. Koniec. System niby go widzi, ale nie może go odczytać.
Awaria dysku, jakkolwiek chyba niezbyt częsta, jest zawsze sporym zaskoczeniem. Mój był w dobrym stanie. Prawie nowy ;). Nie miał jeszcze dziewięciu lat. I nie był mocno eksploatowany. Muszę przyznać, że taka awaria zdarzyła mi się po raz pierwszy.
Nasza wiara w bezawaryjne funkcjonowanie sprzętu jest niczym nieuzasadnionym życzeniem. Praktyka pokazuje, że ryzyko istnieje i jest całkiem realne. Strata twardego dysku, to przeważnie utrata danych. Często bezcennych poprzez swoją wartość sentymentalną - jak zdjęcia, artykuły, lub poświęcone godziny pracy.
Na szczęście nic nie straciłem jeżeli myślimy o danych. Straciłem instalację windowsów. xp. Prawie cała zawartość dokumentacyjna była wcześniej backupowana w chmurze. Posiadane programy też są do odtworzenia. A co do ponownej instalacji xp, to muszę się zastanowić. Potrzebne mi są tylko do obsługi drukarki (może trzeba już pozbyć się Kyocery) i ze względów, nazwijmy to, sentymentalnych.
> R.I.P. (2005-2014) Western Digital Serial ATA HD WD Caviar SE <
Awaria dysku, jakkolwiek chyba niezbyt częsta, jest zawsze sporym zaskoczeniem. Mój był w dobrym stanie. Prawie nowy ;). Nie miał jeszcze dziewięciu lat. I nie był mocno eksploatowany. Muszę przyznać, że taka awaria zdarzyła mi się po raz pierwszy.
Nasza wiara w bezawaryjne funkcjonowanie sprzętu jest niczym nieuzasadnionym życzeniem. Praktyka pokazuje, że ryzyko istnieje i jest całkiem realne. Strata twardego dysku, to przeważnie utrata danych. Często bezcennych poprzez swoją wartość sentymentalną - jak zdjęcia, artykuły, lub poświęcone godziny pracy.
Na szczęście nic nie straciłem jeżeli myślimy o danych. Straciłem instalację windowsów. xp. Prawie cała zawartość dokumentacyjna była wcześniej backupowana w chmurze. Posiadane programy też są do odtworzenia. A co do ponownej instalacji xp, to muszę się zastanowić. Potrzebne mi są tylko do obsługi drukarki (może trzeba już pozbyć się Kyocery) i ze względów, nazwijmy to, sentymentalnych.
sobota, 10 maja 2014
captcha
Od pewnego czasu na użytkownikach socjalnego internetu aero2, czyli jego dostawca, testuje taki swoisty "test inteligencji
Trzeba wpisać tekst znajdujący się na obrazku. W tym miejscu nie polemizuję, czy rozwiązanie to jest zasadne, ale nad poziomem i elegancją wykonania. W naukach ścisłych ważna jest właśnie elegancja i nietrywialność rozwiązania problemu.
Powyższy test nazywa się captchą (zachęcam do przeczytania artykułu wersji angielskiej), a w założeniu służy m. in. do zbadania, czy przy próbie korzystania z usługi mamy cechy ludzkie.
Patrząc na powyższą stronę można zwątpić. Ja człowiek mam problem z przeczytaniem tekstu. Każda błędna odpowiedź powoduje eskalację utrudnienia.
Przypomnijmy. Mamy do czynienia z usługą internetu socjalnego. Z założenia skierowaną do osób w jakiś sposób słabszych. Nie uważam się za słabszego ale zdarzały mi się już wielokrotne próby niezdania testu. Czytałem mnóstwo narzekań, że ludzie mają problemy z prawidłowym odczytaniem tekstu. Znajomość języka nie pomaga bo w większości słowa nic nie znaczą.
Trzeba wpisać tekst znajdujący się na obrazku. W tym miejscu nie polemizuję, czy rozwiązanie to jest zasadne, ale nad poziomem i elegancją wykonania. W naukach ścisłych ważna jest właśnie elegancja i nietrywialność rozwiązania problemu.
Powyższy test nazywa się captchą (zachęcam do przeczytania artykułu wersji angielskiej), a w założeniu służy m. in. do zbadania, czy przy próbie korzystania z usługi mamy cechy ludzkie.
Patrząc na powyższą stronę można zwątpić. Ja człowiek mam problem z przeczytaniem tekstu. Każda błędna odpowiedź powoduje eskalację utrudnienia.
Przypomnijmy. Mamy do czynienia z usługą internetu socjalnego. Z założenia skierowaną do osób w jakiś sposób słabszych. Nie uważam się za słabszego ale zdarzały mi się już wielokrotne próby niezdania testu. Czytałem mnóstwo narzekań, że ludzie mają problemy z prawidłowym odczytaniem tekstu. Znajomość języka nie pomaga bo w większości słowa nic nie znaczą.
sobota, 3 maja 2014
IE bug
W zasadzie nie zamierzałem już nic pisać o xp, ale życie dopisuje ciąg dalszy tej historii. Ostatnia majowa aktualizacja xp dotyczy internet explorera. Temat tak ważny, że media poświęcają mu sporo miejsca. CNN, Cnet i wiele innych.
Aktualizacja po zakończeniu okresu wsparcia!!! Osobiście, to nie wiem, czy to śmieszne, czy żałosne, może tragikomiczne. "Odeszła w niebyt" wersja windowsów jest w użyciu ponad 26% użytkowników, system był rozwijany przez lata (ostatnia największa aktualizacja systemu, to SP3 z 2008, piękny, duży artykuł w angielskojęzycznej Wikipedii) i cały ten czas nie wystarczył, by stworzyć dobry i bezpieczny produkt.
Dziura jest obecna we wszystkich wersjach IE. A jak wiadomo, nie da się pozbyć tego programu. Odinstalowanie wersji 8 w xp nie spowoduje odinstalowania wersji natywnej. IE jest częścią systemu operacyjnego. Te klocki są nierozdzielne. To co można zrobić, to całkowicie zaprzestać korzystania zarówno z IE, jak i większości produktów MS.
Zakończenie wsparcia dla xp przez MS nie oznacza, że tego wsparcia nie ma. Jest realizowane przez firmy trzecie. By dalej korzystać warto zrobić niewielki audyt systemu i pozbyć się lub pozamieniać parę elementów.
1.
Sprawdźmy najpierw jakie programy są zainstalowane w systemie. Możemy to zrobić narzędziem natywnym systemu, ja jednak wolę np. Revo Uninstallera (przy okazji odinstalowania usuwa/stara się usunąć fizyczne pozostałości po aplikacji).
Aktualizacja po zakończeniu okresu wsparcia!!! Osobiście, to nie wiem, czy to śmieszne, czy żałosne, może tragikomiczne. "Odeszła w niebyt" wersja windowsów jest w użyciu ponad 26% użytkowników, system był rozwijany przez lata (ostatnia największa aktualizacja systemu, to SP3 z 2008, piękny, duży artykuł w angielskojęzycznej Wikipedii) i cały ten czas nie wystarczył, by stworzyć dobry i bezpieczny produkt.
Dziura jest obecna we wszystkich wersjach IE. A jak wiadomo, nie da się pozbyć tego programu. Odinstalowanie wersji 8 w xp nie spowoduje odinstalowania wersji natywnej. IE jest częścią systemu operacyjnego. Te klocki są nierozdzielne. To co można zrobić, to całkowicie zaprzestać korzystania zarówno z IE, jak i większości produktów MS.
Zakończenie wsparcia dla xp przez MS nie oznacza, że tego wsparcia nie ma. Jest realizowane przez firmy trzecie. By dalej korzystać warto zrobić niewielki audyt systemu i pozbyć się lub pozamieniać parę elementów.
1.
Sprawdźmy najpierw jakie programy są zainstalowane w systemie. Możemy to zrobić narzędziem natywnym systemu, ja jednak wolę np. Revo Uninstallera (przy okazji odinstalowania usuwa/stara się usunąć fizyczne pozostałości po aplikacji).
![]() |
| revo uninstaller, panel główny |
niedziela, 27 kwietnia 2014
power
Każdy wie, że power jest ważny. Ale dopiero posiadanie notebooka i praca w terenie pozwala to w pełni zrozumieć.
W domu mamy gniazdko i prąd. W terenie zdani jesteśmy na naszą baterię, a raczej bateryjkę. Bo moja, to 44 Wh (watogodziny). W porównaniu do bateryjek telefonów, to gigant. Ale realia są trochę inne. Notebook potrzebuje więcej prądu. Ile? Sam byłem ciekaw.
W dystrybucjach linuksowych jest wiele programów służących do pomiarów różnych wielkości. Parametrów środowiska i otoczenia systemu. W tym także i konsumpcji. Konsumpcji energii (komputerki muszą się czymś żywić). Wiele z tych programów jest w repozytoriach; zainstalowane lub tylko dostępne. Tutaj koncentruję się na dystrybucjach debianowych (w konsekwencji także ubuntowych), bo tych używam na co dzień.
W repozytoriach Debiana jest powertop. Aplikacja, przygotowana i rozwijana przez Intela, służąca do pomiaru zużycia energii. Korzystam z niej do wyznaczenia zapotrzebowania energetycznego urządzeń (dołączonych lub wbudowanych) oraz programów. Pozwala ona na wyznaczenie zapotrzebowania na energię całego komputerka, ale ja do tego celu używam też innej aplikacji. Jest to program Canonicala (od Ubuntu) pod nazwą powerstat. Do znalezienia w repozytoriach Ubuntu i pochodnych oraz Debiana niestabilnego. W Debianie stabilnym możliwy do zainstalowania po pobraniu ze strony autora odpowiedniej wersji (ze względu na zależności trzeba wybrać wersję odpowiednio wcześniejszą).
W stosunku do powertopa ma się on nijak, jest o wiele prostszy, ma jednak poważną zaletę. Wyznaczenie podstawowego zapotrzebowania na energię może odbywać się w porównywalnych warunkach dla każdego laptopa i każdej dystrybucji. Powerstat w wersji standardowej działa w sposób następujący. Po uruchomieniu przez trzy minuty gromadzi sobie dane, potem 30 razy próbkuje (w 10s interwałach). Na podstawie otrzymanych wyników wylicza średnie zapotrzebowanie. Proste. Powertop też to wszystko wylicza, jednak bazuje na większej ilości wyników. Stąd porównanie pomiędzy komputerami i dystrybucjami bywa trudne, bo w każdym przypadku może być inna ilość próbek.
Powerstat może być uruchamiany bezpośrednio przez użytkownika, lub jako root.
W domu mamy gniazdko i prąd. W terenie zdani jesteśmy na naszą baterię, a raczej bateryjkę. Bo moja, to 44 Wh (watogodziny). W porównaniu do bateryjek telefonów, to gigant. Ale realia są trochę inne. Notebook potrzebuje więcej prądu. Ile? Sam byłem ciekaw.
W dystrybucjach linuksowych jest wiele programów służących do pomiarów różnych wielkości. Parametrów środowiska i otoczenia systemu. W tym także i konsumpcji. Konsumpcji energii (komputerki muszą się czymś żywić). Wiele z tych programów jest w repozytoriach; zainstalowane lub tylko dostępne. Tutaj koncentruję się na dystrybucjach debianowych (w konsekwencji także ubuntowych), bo tych używam na co dzień.
W repozytoriach Debiana jest powertop. Aplikacja, przygotowana i rozwijana przez Intela, służąca do pomiaru zużycia energii. Korzystam z niej do wyznaczenia zapotrzebowania energetycznego urządzeń (dołączonych lub wbudowanych) oraz programów. Pozwala ona na wyznaczenie zapotrzebowania na energię całego komputerka, ale ja do tego celu używam też innej aplikacji. Jest to program Canonicala (od Ubuntu) pod nazwą powerstat. Do znalezienia w repozytoriach Ubuntu i pochodnych oraz Debiana niestabilnego. W Debianie stabilnym możliwy do zainstalowania po pobraniu ze strony autora odpowiedniej wersji (ze względu na zależności trzeba wybrać wersję odpowiednio wcześniejszą).
W stosunku do powertopa ma się on nijak, jest o wiele prostszy, ma jednak poważną zaletę. Wyznaczenie podstawowego zapotrzebowania na energię może odbywać się w porównywalnych warunkach dla każdego laptopa i każdej dystrybucji. Powerstat w wersji standardowej działa w sposób następujący. Po uruchomieniu przez trzy minuty gromadzi sobie dane, potem 30 razy próbkuje (w 10s interwałach). Na podstawie otrzymanych wyników wylicza średnie zapotrzebowanie. Proste. Powertop też to wszystko wylicza, jednak bazuje na większej ilości wyników. Stąd porównanie pomiędzy komputerami i dystrybucjami bywa trudne, bo w każdym przypadku może być inna ilość próbek.
Powerstat może być uruchamiany bezpośrednio przez użytkownika, lub jako root.
powerstat
sudo powerstat
wtorek, 22 kwietnia 2014
drivery ext
Dopiero co pisałem o podglądzie plików linuksowych z windowsa. Jednak znalazłem doniesienie, które każe mi zwrócić uwagę innych osób na działanie extbrowsera firmy
Paragon Software.
U mnie na xp wszystko działa bez zarzutu. Na stronie jest też stosowna informacja, że program przeznaczony jest do windowsów w wersji xp i vista. Zgodnie z doniesieniem problem pojawia się na windows 7 i 8. Program uszkadza partycje linuksowe ext2/3/4. Uszkodzenie partycji może wiązać się z całkowitą utratą danych. System można sobie przeinstalować, chociaż szkoda czasu na bezproduktywne instalowanie. Danych, często gromadzonych latami, nic nam nie zwróci, przy założeniu, że nie stosujemy backupów.
Istnieją programy/sterowniki oferujący podobną funkcjonalność. Jednym z popularniejszych jest ext2fsd. Oferowana funkcjonalność może nie jest pełna. Nie można np. z pozycji windowsowej skasować elementów na partycjach linuksowych. Ale to nie jest największy problem.
Ostatnia wersja programu ext2fsd (w załączeniu link do programu instalacyjnego) jest z połowy 2011 roku. W tym zakresie, tzn. definicji systemów plików ext niewiele się zmieniło. Autor zapowiada kontynuację, jednak nie widać, by coś zapowiadało nowsze wersje. Mimo tego program jest popularny. Z załączonych statystyk widać, że w tym tygodniu pobrało go ponad 10 tysięcy osób.
W serwisie sourceforge.net dostępne są też inne tego typu programy. Generalnie serwis ten wspiera projekty open source'owe. Wiele projektów linuksowych przechowuje tam obrazy dystrybucji i repozytoria. Także programy windowsowe mają tam swoją reprezentację (programy portableapps). System operacyjny jest rzeczą wtórną. Ideą przewodnią jest open source.
Moją uwagę zwrócił nowszy i może bardziej funkcjonalny ext2read. Jego zaletą jest obsługa LVM (logical volume manager).
U mnie na xp wszystko działa bez zarzutu. Na stronie jest też stosowna informacja, że program przeznaczony jest do windowsów w wersji xp i vista. Zgodnie z doniesieniem problem pojawia się na windows 7 i 8. Program uszkadza partycje linuksowe ext2/3/4. Uszkodzenie partycji może wiązać się z całkowitą utratą danych. System można sobie przeinstalować, chociaż szkoda czasu na bezproduktywne instalowanie. Danych, często gromadzonych latami, nic nam nie zwróci, przy założeniu, że nie stosujemy backupów.
Istnieją programy/sterowniki oferujący podobną funkcjonalność. Jednym z popularniejszych jest ext2fsd. Oferowana funkcjonalność może nie jest pełna. Nie można np. z pozycji windowsowej skasować elementów na partycjach linuksowych. Ale to nie jest największy problem.
Ostatnia wersja programu ext2fsd (w załączeniu link do programu instalacyjnego) jest z połowy 2011 roku. W tym zakresie, tzn. definicji systemów plików ext niewiele się zmieniło. Autor zapowiada kontynuację, jednak nie widać, by coś zapowiadało nowsze wersje. Mimo tego program jest popularny. Z załączonych statystyk widać, że w tym tygodniu pobrało go ponad 10 tysięcy osób.
W serwisie sourceforge.net dostępne są też inne tego typu programy. Generalnie serwis ten wspiera projekty open source'owe. Wiele projektów linuksowych przechowuje tam obrazy dystrybucji i repozytoria. Także programy windowsowe mają tam swoją reprezentację (programy portableapps). System operacyjny jest rzeczą wtórną. Ideą przewodnią jest open source.
Moją uwagę zwrócił nowszy i może bardziej funkcjonalny ext2read. Jego zaletą jest obsługa LVM (logical volume manager).
piątek, 18 kwietnia 2014
Wielkanoc
Najlepsze życzenia szczęśliwych, spokojnych i wesołych świąt wypełnionych rodziną, słodyczami i Linuksem
wykorzystano grafikę: http://www.moyeamedia.com/blog/?p=910
wtorek, 15 kwietnia 2014
dual boot czyli dwa systemy na starcie
Jak żyć Panie Premierze, jak żyć. Prawdziwego windowsa już nie ma.
Ha, trudno. Nie cierpię z tego powodu, jednak jestem zdziwiony, że popularny produkt nie znalazł alternatywnej kontynuacji. Poniżej marcowe statystyki.
Posiadacze starszego sprzętu oczekiwali innego rozwiązania niż wydanie pieniędzy na nowy sprzęt i system. Można zachować interface, a zmienić trochę pod maską. Wszyscy zadowoleni. No może nie wszyscy, bo kasa się nie zgadza. Chciwość wygrywa z potrzebami użytkowników. Skądś się muszą brać gigantyczne pobory, odprawy i majątki. Ale to już historia i nauczka dla wielu. Wiara w jeden i jedynie słuszny system prowadzi do rozczarowań.
Ha, trudno. Nie cierpię z tego powodu, jednak jestem zdziwiony, że popularny produkt nie znalazł alternatywnej kontynuacji. Poniżej marcowe statystyki.
Posiadacze starszego sprzętu oczekiwali innego rozwiązania niż wydanie pieniędzy na nowy sprzęt i system. Można zachować interface, a zmienić trochę pod maską. Wszyscy zadowoleni. No może nie wszyscy, bo kasa się nie zgadza. Chciwość wygrywa z potrzebami użytkowników. Skądś się muszą brać gigantyczne pobory, odprawy i majątki. Ale to już historia i nauczka dla wielu. Wiara w jeden i jedynie słuszny system prowadzi do rozczarowań.
środa, 9 kwietnia 2014
Byebye
No i koniec. Najlepsze według mnie podsumowanie, to wpis Eugenia na twitterze
Tyle gadania. A może koniec ery? Może dla wielu początek. Rozejrzyjmy się. Windowsy, to nie pępek świata. Świat na xp się nie kończy. Jest to szansa na zainstalowania czegoś innego. Semplice (Debian sid), tak.
Chociaż start może być trudny. Właśnie. Nie ma przycisku start. A w zasadzie jest. Wszędzie.
![]() |
| xp? nie trać kasy na sprzęt, zainstaluj semplice |
Tyle gadania. A może koniec ery? Może dla wielu początek. Rozejrzyjmy się. Windowsy, to nie pępek świata. Świat na xp się nie kończy. Jest to szansa na zainstalowania czegoś innego. Semplice (Debian sid), tak.
![]() |
| pulpit openbox w Semplice Linuksie |
Chociaż start może być trudny. Właśnie. Nie ma przycisku start. A w zasadzie jest. Wszędzie.
piątek, 4 kwietnia 2014
conky
Conky jest elementem charakterystycznym dla Linuxa. Czym jest i dlaczego tak wiele osób używa conky? Dla mnie osobiście, gdy nie widzę conky na pulpicie, czuję, jakbym nie kontrolował swojego systemu.
W wielkim skrócie. Conky jest konfigurowalnym monitorem systemu. Programem, który potrafi zgromadzić i przedstawić mnóstwo informacji systemowych. Co więcej pozwala na przedstawienie informacji z innych programów - pocztowych, muzycznych, pogodowych itp. Odsyłam do artykułu angielskojęzycznej wikipedii lub strony projektu (swego czasu była polska strona informacyjna, ale niestety już jej nie ma).
Zaletą conky jest praca w tle, skuteczne zbieranie informacji i małe wymagania systemowe.
Conky jest programem, którego wykonanie jest ściśle związane i uzależnione od pliku konfiguracyjnego. To co jest widoczne na pulpicie jest jego odwzorowaniem. Jeden program, mnóstwo różnych konfiguracji. Warto wspomnieć, że wątek forum Ubuntu dotyczący właśnie conky i prezentacji własnych plików konfiguracyjnych ma ponad dwa tysiące stron!
Conky jest też dostępne w repozytoriach wielu systemów, a przynajmniej we wszystkich znanych mi debianowych i ubuntowych dystrybucjach Linuksa. Nie zawsze jest w samej dystrybucji niejako out of the box (jest np. w crunchbang linuksie, lxle lub pinguay linuksie) ale zawsze możemy zainstalować z repozytorium.
Najpierw możemy sprawdzić, czy w systemie jest conky zainstalowane. Brute force to wpisanie w terminalu słowa conky. Po efekcie lub komentarzu będziemy wiedzieć.
Możemy też w terminalu wpisać polecenie
czyli najpierw pobraliśmy listę zainstalowanych programów, którą przepuściliśmy przez filtr ze słowem conky.
W wielkim skrócie. Conky jest konfigurowalnym monitorem systemu. Programem, który potrafi zgromadzić i przedstawić mnóstwo informacji systemowych. Co więcej pozwala na przedstawienie informacji z innych programów - pocztowych, muzycznych, pogodowych itp. Odsyłam do artykułu angielskojęzycznej wikipedii lub strony projektu (swego czasu była polska strona informacyjna, ale niestety już jej nie ma).
Zaletą conky jest praca w tle, skuteczne zbieranie informacji i małe wymagania systemowe.
Conky jest programem, którego wykonanie jest ściśle związane i uzależnione od pliku konfiguracyjnego. To co jest widoczne na pulpicie jest jego odwzorowaniem. Jeden program, mnóstwo różnych konfiguracji. Warto wspomnieć, że wątek forum Ubuntu dotyczący właśnie conky i prezentacji własnych plików konfiguracyjnych ma ponad dwa tysiące stron!
Conky jest też dostępne w repozytoriach wielu systemów, a przynajmniej we wszystkich znanych mi debianowych i ubuntowych dystrybucjach Linuksa. Nie zawsze jest w samej dystrybucji niejako out of the box (jest np. w crunchbang linuksie, lxle lub pinguay linuksie) ale zawsze możemy zainstalować z repozytorium.
Najpierw możemy sprawdzić, czy w systemie jest conky zainstalowane. Brute force to wpisanie w terminalu słowa conky. Po efekcie lub komentarzu będziemy wiedzieć.
Możemy też w terminalu wpisać polecenie
$ dpkg -l | grep conkyczyli najpierw pobraliśmy listę zainstalowanych programów, którą przepuściliśmy przez filtr ze słowem conky.
wtorek, 1 kwietnia 2014
FUD
Od pewnego czasu, co włączę komputer, to mam komunikat o zakończeniu wsparcia (na poniższym obrazku w prawnym dolnym rogu ekranu). Za każdym razem. Komunikat ten jest włączony dosyć długo, tak, jak bym był analfabetą, który nie umie przeczytać, zapamiętać i zrozumień tekstu.
Komunikat pochodzi od programu zabezpieczającego MS. Podejrzewam, że informacji w systemie mogłoby być więcej, ale zablokowałem możliwość zainstalowania w aktualizacjach programu informującego o końcu wsparcia. Współczuję tym, którzy ten fakt przeoczyli. Mam zwyczaj nie instalować niczego automatycznie, dlatego czasami udaje się pozbyć trochę śmieci.
![]() |
| koniec wsparcia |
środa, 26 marca 2014
lite
To także dystrybucja bazująca na Ubuntu 12.04. Jej dodatkową zaletą jest fakt, że była ona aktualizowana w momencie pojawiania się kolejnych edycji Ubuntu w wersji lts. Ostatnia wersja dystrybucji - 1.08, opublikowana została w styczniu br.
Jak zwykle, by zasięgnąć informacji warto sięgnąć do źródła, czyli strony projektu. Już pierwszy ogląd
strony pozwala na zidentyfikowaniu grupy docelowej. Są nimi dotychczasowi użytkownicy windowsów xp. A do zagospodarowania jest ogromna masa ludzi. Ok. 40% wszystkich używanych systemów, to windows w wersji xp. Wszystkie dystrybucje linuksowe (desktopowe) są używane przez mniej niż 2% użytkowników. Jeżeli nawet ułamek "fanów xp" przesiadł się na Linux Lite'a, to byłby sukces. Czy jest na to szansa? W kategoriach racjonalnych -tak. W kategoriach emocjonalnych - trudno powiedzieć. Zawsze w takich sytuacjach przypominają mi się moje odczucia, kiedy zostałem w Szkocji zaproszony na szkocki obiad - baranina w sosie miętowym. Fe. Tknąłem, jak już prawie nie było i zastanawiałem się. dlaczego byłem na tyle głupi, by przynajmniej nie spróbować wcześniej. Głupota prawem młodości. Co wcale nie oznacza, że z wiekiem mądrzejemy.
Jak zwykle, by zasięgnąć informacji warto sięgnąć do źródła, czyli strony projektu. Już pierwszy ogląd
![]() |
| strona projektu Linux Lite |
strony pozwala na zidentyfikowaniu grupy docelowej. Są nimi dotychczasowi użytkownicy windowsów xp. A do zagospodarowania jest ogromna masa ludzi. Ok. 40% wszystkich używanych systemów, to windows w wersji xp. Wszystkie dystrybucje linuksowe (desktopowe) są używane przez mniej niż 2% użytkowników. Jeżeli nawet ułamek "fanów xp" przesiadł się na Linux Lite'a, to byłby sukces. Czy jest na to szansa? W kategoriach racjonalnych -tak. W kategoriach emocjonalnych - trudno powiedzieć. Zawsze w takich sytuacjach przypominają mi się moje odczucia, kiedy zostałem w Szkocji zaproszony na szkocki obiad - baranina w sosie miętowym. Fe. Tknąłem, jak już prawie nie było i zastanawiałem się. dlaczego byłem na tyle głupi, by przynajmniej nie spróbować wcześniej. Głupota prawem młodości. Co wcale nie oznacza, że z wiekiem mądrzejemy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














